Mija 12 lat od zobaczenia przeze mnie pierwszego wyścigu Supercars. Wyścigu, który odbywał się na zmodyfikowanej nitce ulicznego toru, na którym w latach 1985–1995 gościła Formuła 1. To był kulminacyjny moment, w którym stałem się wielkim fanem australijskiego lokalnego racingu, zwanego wtedy „V8 Supercars”, czyli serii z kategorii „Touring”. Nowy dla mnie tor, nowe auta i kierowcy. Niesamowite ujęcia i przede wszystkim znakomite ściganie, które kupiło mnie od wejścia. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że za niecałe półtora roku stanę się pierwszą piszącą o tej serii osobą w naszym kraju.
Wdrożenie się w historię tej kategorii w Australii sprawiło, że także zainteresowałem się tamtejszym racingiem jako całością – kierowcami, torami, jak też innymi kategoriami. Stałem się wyścigowym „turystą” Antypodów.
Często szukałem związków między ATCC / V8 Supercars / Supercars a innymi kategoriami z F1 na czele. Najlepszym z nich był chyba Alan Jones, ostatni australijski mistrz Formuły 1 (pierwszy tytuł Williamsa w F1) z 1980 roku i wicemistrz ATCC z 1993 roku. Alan Jones do dzisiaj jest ostatnim australijskim zwycięzcą GP Australii, czyli rundy, na której się dzisiaj skupimy.
Gościnny artykuł autorstwa Mario, który od lat prowadzi portal VASCoholics o australijskich wyścigach
GP Australii – historia wyścigu przed pojawieniem się F1
To były czasy, kiedy runda ta nie była jeszcze w kalendarzu F1. Była częścią Formuły 5000, w której kierowcy F1 ścigali się z lokalnymi śmiałkami i zajmowali w ten sposób czas, gdy nie ścigali się w królowej motorsportu.
Stan Victoria jest miejscem, z którego wywodzi się australijski motorsport. Zanim doszło do pierwszego oficjalnego Grand Prix Australii, odbywały się tam liczne zawody, czy to rajdowe, czy – zwłaszcza – motocyklowe. Miejscem tych zmagań była Wyspa Filipa, na której powstał jeden z najlepszych torów wyścigowych na świecie, zwłaszcza pod motocykle.
Tor w tamtych czasach wyglądał całkowicie inaczej. Liczył od 17 do 19 kilometrów długości, a jedyne, co się z niego zachowało, to wszystkie cztery prawe zakręty. To właśnie na tej nitce 31 marca 1928 roku odbyło się pierwsze GP Australii, które wygrał Arthur Waite. Wyspa Filipa gościła następne siedem wyścigów pod szyldem GP Australii, a po roku przerwy w 1936 wyścig ten wrócił, ale na inny tor, Victor Harbour Grand Prix, i padł łupem przedwojennej gwiazdy australijskiego motorsportu, Lesa Murphy’ego.
16 marca 1938 roku postanowiono przenieść wyścig na nowy tor, położony w Nowej Południowej Walii w Bathurst… I tak około miesiąc później zadebiutował mój ulubiony tor, Mount Panorama.

Wyścig dostarczył nie lada emocji. Pojawiło się wielu kierowców spoza Australii. Wygrał go kierowca ERA (English Racing Automobiles), Peter Whitehead, znany z tego, że po wojnie był jednym z pierwszych kierowców z UK, którzy stanęli na podium w nowej wtedy serii, Formule 1, a także z tego, że wygrał 24h Le Mans w 1951 roku.
W 1939 roku odbyło się jeszcze jedno GP Australii na torze Lobethal, a następnie świat ogarnęło piekło wojny. Sama Australia była bardzo narażona na atak ze strony Japonii. Wszystko za sprawą tego, że jako kolonia brytyjska nie miała kim bronić swojej ziemi, gdyż wszyscy jej żołnierze byli pod batutą króla Anglii i walczyli w innych brytyjskich koloniach.
W 1941 miasto Darwin zostało zbombardowane. Australia przygotowywała się na inwazję wojsk Cesarstwa Wielkiej Japonii, które przygotowało się do niej na wyspach Papui i Nowej Gwinei (wtedy znanej jako Nowa Anglia. Jest o tym odcinek, a nawet dwa w znanej wojennej serii „Pacyfik”). Dopiero po dwóch latach od zakończenia wojny na tory wyścigowe wrócili starzy i nowi kierowcy, którzy w przyszłości mieli rozsławić siebie i australijski motorsport w rodzimym i światowym środowisku.
Dokładnie w 1947 roku odbyło się pierwsze powojenne GP Australii, które wtedy wróciło na Mount Panorama. Runda na nowo zagościła w kalendarzu rodzimym australijskich zawodów o wyścigowego mistrza Australii, a ich ranga, a także trudność torów sprawiły, że do zmagań dołączyli również ludzie spoza kontynentu. Co roku runda ta odbywała się w innej lokalizacji, choć jeszcze kilka razy wróciła do Bathurst.
Było tak w latach 1952 czy 1958. W tym okresie wyścigi padły łupem innych australijskich legend, jak Peter Whiteford czy Lex Davison. Ten drugi wygrywał GP Australii aż czterokrotnie. Do niego i Michaela Schumachera należy rekord zwycięstw w wyścigach pod tym szyldem, choć o całkowicie inne trofeum. Dla Lexa o bycie kimś u siebie, jakby nie patrzeć, a dla MŚ o tytuł MŚ F1.

O ile Lex wygrywał to GP na czterech różnych torach, to Schumacher zwyciężał na Albert Park, czyli nitce toru, której używa się do dzisiaj. Tor ten został wykorzystany po raz pierwszy w 1953 roku, ale w F1 zadebiutował w 1996.
Obiekt na papierze wyglądał bardzo podobnie do obecnej nitki, lecz różnił się przede wszystkim jedną rzeczą – kierowcy ścigali się na nim w przeciwną stronę niż robi się to obecnie.
Wielcy świata F1 na Antypodach przed erą królowej motorsportu
Albert Park gościł GP Australii tylko raz, w 1956 roku. Wyścig wygrał Stirling Moss, czyli jeden z najlepszych kierowców w historii F1, który nie zdobył tytułu mistrzowskiego.
Stirling Moss to nie jedyna gwiazda rodem z F1, która gościła w lokalnych australijskich mistrzostwach motoryzacyjnych. Bardzo popularną odskocznią na przerwy między rundami czy sezonami była tak zwana Tasman Series. Seria ta w latach 60. gościła częściowo w Australii i Nowej Zelandii. Startowały w niej w większości gwiazdy pochodzące z krajów podległych już wtedy Królowej Elżbiecie, a więc Wielkiej Brytanii, Australii czy Nowej Zelandii. Zwycięstwa odnosili najwięksi zawodnicy ówczesnego światowego motorsportu, a więc Jack Brabham, Bruce McLaren, Jim Clark czy Chris Amon. Byli także inni, jak Denny Hulme, Phil Hill czy John Surtees.

Z biegiem lat nie było już tak kolorowo, jeśli chodzi o znane postacie. Dopiero w latach 1980–1984 wróciły tam gwiazdy w ramach serii Formula 5000. Alan Jones czy Alain Prost to tylko dwóch z tych, którym udało się wtedy wygrać. Przez te pięć lat Grand Prix organizowano w Melbourne na torze Calder Park.
Przełom w historii australijskich wyścigów – debiut w kalendarzu F1
W 1985 roku Keke Rosberg stał się pierwszym kierowcą, który wygrał wyścig Formuły 1 w Australii. Wszystko za sprawą nowej rundy w kalendarzu F1, którą umieszczono na ulicach miasta z Południowej Australii, Adelajdy.
Grand Prix z wejścia stało się bardzo popularne i było miejscem pielgrzymek fanów motorsportu z całej Australii i nie tylko. Adelajda była świadkiem wielkości Ayrtona Senny, rekordzisty wygranych tam kwalifikacji, czy skandali, między innymi kolizji Schumachera i Damona Hilla w 1994 bądź skandalu z „lewymi” biletami w 1995, gdy Adelajda żegnała się z kalendarzem Formuły 1. Pobito wtedy rekord frekwencji. Przez cały weekend pojawiło się 520 tysięcy widzów, a na samym wyścigu było ich 210 tysięcy.
Od 1996 roku Formuła 1 wróciła do Melbourne i jest tam do dziś (z przerwą na okres trwania pandemii COVID-19). Ludzie już przywykli do tego, że ta runda z reguły otwiera nowy sezon F1. Tak będzie także w tym roku. Znana też jest statystyka zwycięzców tej rundy i wysoki procent szans na wygranie tytułu po zwycięstwie podczas tego wyścigu. Dlatego jest on tak ważny dla wielu kierowców.
Australia do tej pory nie doczekała się Australijczyka na podium, a najlepsze miejsca rodaków to P4 Daniela Ricciardo w 2016 i 2018 roku oraz P5 Webbera w 2002 roku. Był to niezwykły wynik, biorąc pod uwagę, że Mark startował w aucie Minardi z 18. miejsca. Australijczycy wciąż czekają na sukces u siebie i ich nadzieje są wysokie, bo mają obecnie swojego kierowcę w najlepszej ekipie F1 w sezonie 2025 roku, McLarenie. Nadal ostatnim australijskim zwycięzcą GP Australii jest Alan Jones (także w Melbourne, bo Calder Park położony jest w tym mieście).

Źródło: https://x.com/4unclelala
To właśnie tam przez trzy lata mieliśmy emocje związane z naszym kierowcą, Robertem Kubicą. Drugie pole startowe w kwalifikacjach do wyścigu w 2008 roku, walka do końca i kolizja z Vettelem, która prawdopodobnie zabrała Kubicy nie tylko podium, ale i zwycięstwo, czy w końcu to piękne podium (P2) po starcie z dziesiątego miejsca na przesychającym już torze w 2010 roku.
Tor w Melbourne po przeróbkach liczy obecnie 5278 metrów oraz 14 zakrętów. Piąty zakręt nosi imię pierwszego w historii zwycięzcy wyścigu na Albert Park z 1953 roku, Petera Whiteforda, a szybka szykana umieszczona między zakrętami 9.–10. Arthure’a White’a, czyli pierwszego w historii zwycięzcy GP Australii. W zeszłym roku podium w F3 na Albert Park zdobył Roman Biliński, którego w tym roku zobaczymy na ulicach Albert Park już w Formule 2. W Formule 3 będzie za to Maciej Gładysz, więc polskich kibiców na pewno czeka nieprzespany weekend.
Nieprzespany weekend czeka także mnie, bo w Melbourne zobaczymy także Supercars. Znowu jako seria towarzysząca. Ta kategoria towarzyszy F1 w GP Australii od samego początku i wyścigu ATCC w Adelajdzie. Wyścigu, w którym gościnnie wziął udział Gehard Berger i którego w bardzo „gościnny” sposób potraktowały óweczesne gwiazdy ATCC, czyli bump, bump and good bye. Przez te wszystkie lata tylko raz, w 2008 roku, nie widzieliśmy Supercars przy F1, natomiast od 2018 roku runda ta jest punktowana w mistrzostwach Supercars.
Samochody Supercars swoją rywalizację na torze Albert Park zaczną już w czwartek. Zobaczymy tam łącznie cztery wyścigi, na które na trybunach może śledzić nawet ponad 50 tysięcy fanów, jak to bywało w przeszłości. Jak już pisałem, Australia kocha motorsport, a sami Australijczycy chętnie uczestniczą na żywo we wszystkim, w czym mogą – od F1, przez MotoGP i Superbike, aż po Supercars.

Źródło: https://x.com/MSportBanter
W tym roku obok Formuły 1 i Supercars zobaczymy Porsche Carrera Cup Australia, Formułę 2 i Formułę 3, a w niej przyszłe gwiazdy środowiska sportów motorowych. Godziny może nie rozpieszczą europejskich widzów, ale na pewno będzie nas wielu.
Zapraszamy do śledzenia relacji z Grand Prix Australii w KONTRZE!
Korekta: Nicola Chwist
Źródło obrazka poglądowego: https://x.com/MotorsportiveHQ

