Autor: Bartosz Babiel
Kilka tygodni temu stało się to, co każdy z nas uważał tylko za formalność. Nowym partnerem Maxa Verstappena został Isack Hadjar, a jego poprzednik, Yūki Tsunoda, pożegnał się z fotelem w F1 na następny sezon, a może nawet na zawsze. Francuz w swoim debiutanckim sezonie w królowej motorsportu zachwycił wielu kibiców, ale czy poradzi sobie w najbardziej wymagającym środowisku, którym jest zespół Red Bull Racing?
O tym przekonamy się dopiero na wiosnę, ale dziś możemy ocenić szanse na to, czy Hadjar sobie poradzi w stajni z Milton Keynes, czy podzieli los swoich poprzedników.
Hall of Shame
Red Bull jest znany z bezkompromisowego podejścia do swoich kierowców. W ostatnich latach tylko dwóch z nich nie zostało wyrzuconych z zespołu, a odeszli z własnej woli. Byli to Mark Webber oraz Daniel Ricciardo. Pierwszy z nich udał się na emeryturę po sezonie 2013, a drugi odszedł z zespołu po 2018 roku.
Pierre Gasly, Alexander Albon czy Liam Lawson to tylko trzy z wielu nazwisk, które brutalnie zderzyły się z rzeczywistością w zespole Czerwonych Byków. Na szczęście dla Hadjara, wielu z nich było w stanie potem znaleźć fotel w Formule 1 i to w całkiem dobrych zespołach. Jednak czy on również musi podzielić ich los?
Sprzyjającą okolicznością dla Francuza jest fakt, że w zespole nie ma już dwóch bardzo ważnych osób. Mowa oczywiście o Helmucie Marko i Christianie Hornerze. Ta dwójka była w zespole od samego początku jego istnienia, więc to właśnie w nich możemy szukać winnych wielu podciętych skrzydeł u kierowców programu juniorskiego Red Bulla. Jednak od niedawna szefem zespołu jest Laurent Mekies, a szefem RBJT został Guillaume „Rocky” Rocquelin, co zmienia postać rzeczy w sytuacji Hadjara. Pytanie tylko brzmi, czy Mekies i „Rocky” wyciągną wnioski z błędów swoich poprzedników i nie będą szaleńczo zmieniać kierowców, aż któryś poradzi sobie u boku Verstappena?

Emocje schowane przed światem
Wymaga się od kierowców Formuły 1, aby potrafili zachować spokój nawet w najbardziej abstrakcyjnych sytuacjach. Jeśli śledziliście karierę Francuza, to wiecie, że można wymienić wiele jego pozytywnych cech w okresie, kiedy jeździł w niższych seriach. Ale umiejętność trzymania nerwów na wodzy? Tej niestety nie posiadał, co sprawiło, że wiele osób było sceptycznych co do jego zatrudnienia przez Racing Bulls.
Jak się jednak okazało, za kółkiem bolidu VCARB 02 zobaczyliśmy innego kierowcę niż dotychczas. Trzeba oddać zespołowi z Faenzy, że wykonał kawał dobrej roboty, żebyśmy nie musieli oglądać kolejnego Yūkiego Tsunody za kierownicą ich bolidu. Przełożyło się to na fenomenalny debiutancki sezon, w którym Francuz zdobył 51 punktów, zajął 12. miejsce w klasyfikacji generalnej kierowców oraz stanął na podium podczas GP Holandii.

Możliwe jednak, że w 2026 roku będziemy obserwować kolejną zmianę zachowania Hadjara o 180 stopni. Red Bull Racing to chyba najbardziej stresogenne środowisko w aktualnej stawce, a ciągła presja, aby być blisko Maxa Verstappena, na pewno nie pomoże w aklimatyzacji młodego kierowcy, który w F1 przejechał tylko jeden pełny sezon.
Na szczęście dla Francuza, w zespole nie ma już Helmuta Marko, który od swoich kierowców wymagał więcej niż powinien, a także nie wykazywał żadnego zrozumienia dla ich ludzkich reakcji. Przykładem tego może być krytyka w kierunku byłego już kierowcy Racing Bulls, który po rozbiciu się na okrążeniu formującym w swoim debiucie po prostu się rozpłakał.
Mimo bardziej empatycznych osób w zespole, presja będzie wciąż obecna wraz z frustracją, którą może odczuwać Hadjar w swoich pierwszych wyścigach jako kierowca Red Bulla. Pytanie brzmi, czy Red Bull będzie tolerował ewentualne wybuchy zawodnika, czy postawi na kogoś mniej emocjonalnego?
Max Verstappen Racing
Jednym z najważniejszych czynników, które były odpowiedzialne za passę niepowodzeń kierowców stajni z Milton Keynes, był bolid. W tym przypadku żartobliwe określenie „bolidy nie były ruwne”, które było używane wobec Williamsa w 2019 roku, ma swoje zastosowanie w rzeczywistości, na czym cierpieli partnerzy czterokrotnego mistrza świata.
Niestety, Hadjar prawdopodobnie podzieli ich los. Sezon 2026 będzie kluczowy dla Czerwonych Byków, jeśli nie chcą stracić swojego najlepszego kierowcy po jego zakończeniu. Czterokrotny mistrz świata już wiele razy dawał nam do zrozumienia, że jeśli uzna, że jazda w F1 nie sprawia mu już frajdy, to zakończy swoją przygodę z królową motorsportu i prawdopodobnie będzie kontynuował karierę w wyścigach długodystansowych. Tym samym Red Bull dostał jasny sygnał: muszą zrobić wszystko, co w ich mocy, aby Max został jak najdłużej.
Fakt, że bolid jest lepiej dopasowany do Maxa, wynika raczej z samej filozofii jego projektowania – ma być jak najszybszy. Przy niewłaściwym kierunku rozwoju, czego przykładami są sezony 2023, 2024 i początek 2025, prowadzi to jednak do coraz bardziej ekstremalnych konstrukcji. W efekcie margines błędu staje się bardzo mały, a źle dobrany balans znacząco utrudnia jazdę, czego doświadczyli m.in. Pérez, Tsunoda czy Lawson. Najlepszym przykładem tego, jak skrajny może być bolid Red Bulla, jest Max w Singapurze w 2023 roku – bolid był niemal nie do opanowania z powodu skrajnych ustawień. Dodatkowo wymagał unikania krawężników, co przełożyło się na słaby rezultat.
Czy sezon 2026 zmieni podejście zespołu do tego tematu? Jest to mało prawdopodobne, ale fani Francuza mogą liczyć na to, że akurat w tym roku będzie inaczej. Na to jednak są takie same szanse, jak na zdobycie mistrzostwa przez Ferrari.

Brak alternatyw
Standardową taktyką dla Red Bulla w momencie, w którym zespół stwierdził, że współpraca z danym kierowcą nie ma sensu, jest rozwiązanie z nim umowy lub podmiana z kierowcą Toro Rosso / AlphaTauri / Racing Bulls w trakcie sezonu lub po zakończeniu bieżącej kampanii. W tym roku jest bardzo możliwe, że będą musieli zmienić swoje plany.
W Formule 1 do dyspozycji będą mieli trzech kierowców: Liama Lawsona, Arvida Lindblada i Yūkiego Tsunodę. Pierwsza dwójka ma zapewniony fotel w Racing Bulls, za to Japończyk jest kierowcą rezerwowym. Jak wiemy, Lawson i Tsunoda mają już za sobą swój epizod w głównym zespole koncernu napojów energetycznych i jest to raczej przygoda, której żadna ze stron woli nie powtarzać. Lindblad to debiutant, którego raczej Laurent Mekies będzie wolał pozostawić w zespole z Faenzy na przynajmniej jeden sezon. Oczywiście zakładając, że Brytyjczyk poradzi sobie w królowej motorsportu, co wcale nie jest takie pewne.
Poza Formułą 1 Czerwone Byki mają jeszcze jedną opcję. Jest to Nikola Tsolov, czyli jedyny kierowca, który na ten moment jest wspierany przez Red Bull Junior Team w sezonie 2026 FIA Formula 2. Oczywiście zakładając, że kierowca pochodzący z Bułgarii będzie miał wystarczającą liczbę punktów do superlicencji. Ale to też raczej nie jest opcja, do której będą się skłaniać w zespole Red Bull Racing.
Zatem Hadjar w swoim pierwszym sezonie może spać spokojnie, no chyba że zespół stwierdzi, iż warto podejmować ryzyko z debiutantem, którym w tym przypadku jest Arvid Lindblad. Inną opcją dla pracodawcy Francuza będzie zakontraktowanie kierowcy spoza ich akademii, ale to raczej się nie wydarzy z uwagi na brak wystarczająco dobrych dla nich opcji na rynku kierowców.

Nowe kierownictwo
Tak jak już wielokrotnie podkreślałem, brak Christiana Hornera i Helmuta Marko jest dla Hadjara naprawdę korzystny. Laurent Mekies, który pracował z nim w jego poprzednim zespole, jest świadom jego talentu, a „Rocky” również nie powinien naciskać, aby jego podopieczni, których przejął po Marko, zasiedli w RB22.
Niestety, Mekies i Rocquelin nie są jedynymi osobami, które podejmują decyzje w tym temacie. Ciągłe naciski ze strony zarządu mogą spowodować, że Mekies będzie musiał podjąć drastyczne środki, aby zadowolić swoich przełożonych. Tym dramatycznym środkiem najprawdopodobniej będzie zwolnienie Hadjara lub klasyczna zamiana z jednym z kierowców siostrzanej ekipy.
Czy da się tak funkcjonować w dłuższej perspektywie? Najwyraźniej tak, bo to właśnie robią w Milton Keynes od odejścia Daniela Ricciardo. Inna sprawa, że gdyby nie Max Verstappen, to ta historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Tego jednak się nie dowiemy, a możemy tylko gdybać.

Czy to będą za wysokie progi dla Isacka Hadjara?
Moim zdaniem tak. Isack Hadjar stanie się kolejnym nazwiskiem na liście kierowców Red Bulla, który nie poradził sobie w głównym zespole mimo dobrych wyników w seriach juniorskich i zespole w Faenzy.
Mimo wielu czynników, które powinny ułatwić mu to zadanie, to dalej jest to wysyłanie jagnięcia na rzeź. Jedyne, co się zmieni, to okres, w którym będzie partnerem Maxa Verstappena, ponieważ Red Bull jest pozbawiony innych opcji w sezonie 2026. Nowe otworzą się dopiero na 2027 rok, ale oznacza to 24 rundy męki za kółkiem dla młodego Francuza.
Czy jest to przykre, że kolejny talent zderzy się brutalnie ze ścianą? Tak, ale niestety takie są realia bycia kierowcą zespołu Red Bull Racing. Albo jedziesz na poziomie Maxa Verstappena i na jego zasadach, albo znajdzie się ktoś inny na twoje miejsce.
Czasy, w których to się zmieni, nadejdą wraz z odejściem czterokrotnego mistrza świata. Dla Hadjara to jednak będzie za późno. Francuz może mieć tylko nadzieję, że los uśmiechnie się do niego tak samo, jak do Albona w 2022 roku, i znajdzie zespół, w którym będzie mógł ponownie rozwinąć skrzydła oraz pokazać skalę swojego talentu.
Korekta: Nicola Chwist
Źródło obrazka wyróżniającego: x.com/RedBullRacing

