Autor: Bartek Mariusz
Gdy zaczynam pisać ten artykuł, mamy 29 czerwca 2026 roku. Za nami GP Austrii 2026, w którym zespół pod wodzą Adriana Neweya ponownie zajął miejsce na szarym końcu stawki Formuły 1 i chyba możemy już definitywnie stwierdzić, że stajnia z Silverstone położyła sprawę na każdym możliwym polu na jakim mogła.
Czy jednak taki rozwój wydarzeń powinien nas dziwić znając wszystkie aspekty związane z tym zespołem? Moim zdaniem nie i była to tylko kwestia czasu, aż zespół znajdzie się na samym dnie. Jednak, dlaczego tak uważam? Na to pytanie odpowiem w dalszej części tego tekstu.
Sztuka kopiowania
Na początku cofnijmy się do sezonu 2023, czyli jedynej kampanii, w której po zmianie nazwy w 2021 roku, Aston Martin stał się zespołem walczącym o coś więcej niż tylko pojedyncze punkty. Był to również pierwszy sezon Fernando Alonso w brytyjskiej ekipie po przejściu z Alpine, co było wielką sensacją z uwagi na wyniki obu zespołów. W pierwszym sezonie poprzednich regulacji zespół z Enstone był czwartą siłą w stawce, która potrafiła często psuć krew Mercedesowi czy Ferrari. Aston za to rywalizował z innymi zespołami środka stawki, często z mizernym skutkiem dla klasyfikacji generalnej.

W Bahrajnie jednak zaskoczyli wszystkich niesamowicie dobrym tempem, co pozwoliło doświadczonemu Hiszpanowi zdobyć podium już w pierwszym wyścigu w nowym zespole. Oczywiście, tak dobry wynik nie mógł przejść bez echa i specjaliści szybko zaczęli szukać powodu poprawy osiągów Astona Martina. Jaki był wynik tych analiz?
Otóż AMR23 garściami czerpał z konceptu RB18, w którym to Max Verstappen zdobył swój drugi tytuł mistrzowski. Bolid brytyjskiego zespołu był na tyle podobny do konstrukcji Red Bulla z 2022 roku, że zaczęto go nazywać „Zielonym Red Bullem”. Zazwyczaj stworzenie tak dobrej kopii jest niemożliwe i w większości przypadków, zespoły starają się trzymać swoich projektów i przy wprowadzaniu rozwiązań wprowadzonych przez rywali, upewniają się, że pasuje to do koncepcji ich maszyny. Aston Martin porzucił jednak swój projekt na rzecz upodobnienia się do mistrzowskiego bolidu Czerwonych Byków, a byli w stanie to osiągnąć dzięki zakontraktowaniu mechaników stajni z Milton Keynes, którzy swoją wiedzę przekazali mechanikom z Silverstone. Z czasem jednak pojawił się ogromny problem.
Problem ten polegał na braku pomysłu odnośnie do rozwoju AMR23. Możesz podkupić mechaników zespołu, którzy podzielą się z tobą swoją wiedzą odnośnie ich poprzedniego projektu, lecz gdy przyjdzie czas na stworzenie czegoś nowego, to wtedy zaczynają się schody. Kolejne próby wprowadzania poprawek kończyły się niepowodzeniem i z czasem, Aston zaczął osuwać się na coraz to niższe pozycje. Przed kompletną kompromitacją uratował ich Fernando Alonso, który wyciągał wyniki ponad stan oraz Lance Stroll, który potrafił czasami zabłysnąć jak podczas GP Brazylii 2023.
Należy sobie teraz zadać pytanie, co Brytyjczycy mieli w głowie, jeśli nie mieli żadnego pomysłu na rozwijanie skopiowanej od Red Bulla konstrukcji, szczególnie, że już to zrobili jeszcze za czasów Racing Point w 2020 roku, czego efektem był „Różowy Mercedes”. Już wtedy zobaczyli, że nie jest to odpowiednia droga dla projektu, który chce rywalizować o ambitne cele. Dlaczego, więc doszło do takiej sytuacji?
Odpowiedzi należy szukać na samej górze hierarchii zespołu, czyli w osobie Lawrence’a Strolla, który według doniesień ograniczał personel i kazał im naśladować Red Bull Racing do granic, na które pozwalały przepisy. Trudno, więc być zdziwionym, że tak utalentowany personel inżynieryjny nie był w stanie nic zrobić, aby Aston Martin mógł rywalizować przez całą kampanię 2023 jak równy z równym z takimi zespołami jak McLaren, Ferrari czy Mercedes. Ostatecznie Aston skończył ten sezon na P5 w klasyfikacji generalnej zespołów.
Byli mistrzowie świata nie zapewnią ci sukcesu
Zespół był w stanie osiągnąć tak wysoki wynik z uwagi na geniusz Fernando Alonso, którzy przez dwa pierwsze lata potrafił punktować w większości weekendów wyścigowych. Z czasem jednak nawet i jego umiejętności nie wystarczały, aby ekipa z Silverstone wyrwała się z roli zespołu środka stawki.
Doświadczony Hiszpan mimo wszystko poradził sobie lepiej niż jego poprzednik. Gdy Sebastian Vettel dołączał do Astona Martina w 2021 roku to był cieniem samego siebie, po spędzonych latach w Ferrari. Niemiec stał się jednak twarzą tego projektu i nic w tym dziwnego, bo przecież był 4-krotnym mistrzem świata. Wyniki jednak tego nie odzwierciedlały, a Lance Stroll był w stanie walczyć jak równy z równym z Vettelem. W sezonie 2022, Niemiec poradził sobie o wiele lepiej, lecz wciąż nie był to wynik, który satysfakcjonował zarząd zespołu. Po kampanii 2022 Niemiec ogłosił zakończenie swojej kariery co otworzyło drzwi dla nowej twarzy projektu jaką został Fernando Alonso. W padoku pojawiła się jednak plotka związana z odejściem od sportu Vettela. Mianowicie został on poproszony o to, aby on sam ogłosił swoje odejście. Jeśli by tego nie zrobił, to zostałby zwolniony i taka informacja wyszłaby do publiczności? Na ile jest to prawdziwe? Nie wiem, choć się domyślam.
Fernando Alonso jako nowa twarz projektu poradził sobie o wiele lepiej, mimo bycia starszym o kilka lat od Niemca, a jego wyniki wyraźnie pokazywały, że Aston chce się na poważnie włączyć do walki o podia i zwycięstwa. Ostatecznie jednak z każdym kolejnym sezonem, osiągi bolidu były coraz gorsze, aż doszliśmy do momentu, w którym jesteśmy teraz. Możemy bezpiecznie powiedzieć, że Aston Martin jest na równi z Cadillakiem, a nawet ich konstrukcja jest gorsza od projektu Amerykanów. Adrian Newey zapowiada, że postarają się jak najlepiej wykorzystać ADUO i na GP Holandii ich bolid będzie już 2 sekundy szybszy. Trudno mi jednak w to wierzyć po tym co zaprezentowali w bieżącej kampanii.
Jeśli zatrudniasz dwóch mistrzów świata to oczywistym dla mnie jest to, że nie robisz tego tylko dlatego, żeby zdobyć fanów i zarobić więcej pieniędzy na mechu, na których będzie ich nazwisko. Robisz to, aby pomogli ci wynieść zespół na najwyższy poziom. Niestety dla Astona, Formuła 1 to nie jest sport, w którym jeden człowiek dokona cudów. To sport, w którym bez odpowiednich narzędzi, nawet najlepsi kierowcy w historii nie będą w stanie wygrywać dla ciebie wyścigów. Nie można, więc od nich oczekiwać, że będą wyciągać 1000% z tego co oferuje bolid, a to ewidentnie było celem postawionym przez zespół dla Vettela i Alonso.
Zabetonowy fotel #2
Skoro w poprzedniej części poruszyłem temat pierwszego fotela w Astonie, to pora powiedzieć o słoniu w składzie porcelany, którym jest Lance Stroll. Nie można powiedzieć, że Kanadyjczyk jest kierowcą słabym, bo to by było dla niego strasznie krzywdzące. Trudno jest też nazwać go za to kierowcą dobrym, bo takim również nie jest.
Gdy spojrzy się na osiągnięcia Lance’a w feederach, to może nas zadziwić, że jego kariera w F1 ograniczyła się do schyłkowego Williamsa i Astona Martina. Mówimy tu o kierowcy, który w 2014 wygrał włoską F4 z przewagą wynoszącą prawie 100 punktów oraz 2 lata później wygrał europejską F3 z przewagą blisko 200 punktów, pokonując przy tym George’a Russella. Ale no właśnie, są to tylko suche wyniki, do których potrzebnych jest kontekst.
Kontekstem do dobrych wyników Kanadyjczyka jest fakt, że miał poważne wsparcie finansowe, a jak wiemy, w feederach jest to szczególnie ważne, aby mieć jak najwięcej środków na koncie bankowym. Pierwsza poważna weryfikacja przyszła dopiero w F1, gdzie Lance po raz pierwszy pojawił się w 2017 roku. Kanadyjczyk jest kierowcą, którego zapamiętamy z jego przebłysków umiejętności, które pokazał między innymi w Baku zdobywając podium w swoim debiutanckim sezonie czy kolejne dwa podia zdobyte w 2020 roku. I na tym koniec pozytywów w osobie Lance’a Strolla.

Tak jak napisałem na początku tej części tekstu, trudno go nazwać kierowcą dobrym lub słabym. Lance Stroll jest po prostu kierowcą przeciętnym, który ma przebłyski. Potrafi osiągać dobre wyniki dla zespołu, ale również może mieć serię amatorskich błędów takich jak w GP Chin 2024, w którym wjechał w tył Daniela Ricciardo podczas restartu. Poza torem również potrafi nieźle namieszać i raczej nie trzeba przypominać nikomu kilku incydentów po kwalifikacjach, gdy rzucał się ze złości po całym garażu. Raz nawet mógł zostać z tego powodu odsunięty od zespołu. Oficjalna wersja jednak mówi, że Lance Stroll wycofał się z GP Hiszpanii 2025 przez ból w nadgarstkach i tej wersji się trzymajmy, aby nie tworzyć domysłów i teorii spiskowych.
Biorąc pod uwagę to wszystko, dziwnym może się wydać fakt, że ktoś taki jak Lance Stroll może być kierowcą projektu, który tworzy Aston Martin. Jest to mimo wszystko kierowca zbyt słaby, aby mógł być uzupełnieniem dla kierowcy numer 1, którym bez wątpliwości jest Fernando Alonso. Czy naprawdę na rynku brakuje dobrych kierowców, którzy mogliby wesprzeć Hiszpana w tej walce z wiatrakami? Bo jeżeli jedynym powodem, dla którego Lawrence Stroll ciągle trzyma syna w zespole jest to, że chce, aby za sukces ekipy był odpowiedzialny kierowca z jego nazwiskiem to jest to powód naprawdę słaby.
Po co ci brakujący element układanki, jeśli wkładasz go w złe miejsce?
Strollowi jednak trzeba oddać jedno. Umie wykorzystywać narzędzia jakie otrzyma od zespołu. Gdy Fernando Alonso zdobywał podia na początku sezonu 2023, to Kanadyjczyk kończył wyścigi w dolnej części TOP 10, zdobywając punkty. Dlatego ściąganie jak najlepszych specjalistów do zespołu było logiczne z punktu widzenia zespołu, który chciał zniwelować brak umiejętności Kanadyjczyka do wyciągania z bolidu czegoś więcej, tak jak to robił jego starszy kolega z zespołu.
Pojawienie się Adriana Neweya było czymś co potrzebował projekt, aby skończyć regres rozpoczęty w 2023 roku. „Człowiek, który widzi powietrze” nie miał być zbawieniem, lecz mocną kartą ekipy, która zyskała człowieka odpowiedzialnego za innowatorskie aerodynamicznie bolidy, a jak wiemy, aerodynamika jest niezwykle ważną częścią współczesnej Formuły 1. I tu muszę pochwalić Lawrence’a Strolla, że wykorzystał tą sytuację rynkową, bo zakontraktowanie Neweya i utarcie nosa Ferrari, było jasnym sygnałem dla reszty stawki, a sam Newey dawał nadzieję fanom Alonso na lepsze jutro. Lecz, nie mogło być zbyt pięknie, prawda?
Utalentowany Brytyjski inżynier pracę rozpoczął 3 marca 2025 roku, którą rozpoczął do kilkudniowego pobytu w swoim gabinecie, aby spisać wszystkie rozwiązania, nad którymi pracował w Red Bullu, aby ich nie zapomnieć. Od samego początku Newey pracował nad bolidem na sezon 2026, który w połączeniu z silnikiem Hondy, miał być gamechangerem dla całej ekipy. Pod koniec listopada jednak ogłoszono, że Brytyjczyk przejmie obowiązki Andy’ego Cowella, zostając tym samym szefem zespołu. Dowiadując się o tym, wielu z nas miało na ustach jedno pytanie. Po co?
Żeby to było jasne, nie uważam, że Adrian Newey jest złym szefem zespołu. Na ten moment trudno to ocenić z uwagi na to, że jego kadencja trwa dopiero kilka miesięcy. Nie rozumiem jednak tej decyzji i wiem, że nie tylko ja byłem bardzo zaskoczonym tym awansem, bo jeśli ściągasz owianego legendą inżyniera od aerodynamiki, który całe swoje życie zajmowałbym się tylko tą kwestią, to skąd pomysł, żeby obarczyć go zarządzaniem całym zespołem? Czy to przypadkiem nie utrudni mu pracy w sektorze, w którym czuje się jak ryba w wodzie? Odpowiedź na pytania zna tylko Lawrence Stroll.
Zaniedbania
Jak dowiedzieliśmy się kilka miesięcy temu, delegacja Astona Martina wybrała się pod koniec roku do Japonii, aby zobaczyć postęp prac nad nową jednostką napędową Hondy. Możemy chyba z całą pewnością powiedzieć, że nie spodziewali się zobaczyć, że ekipa odpowiedzialna za silniki Red Bulla już nie istnieje, a sama jednostka będzie jedną z najgorszych w historii sportu. Pomijając już, że ta wizytacja odbyła się niezwykle późno, to czemu zespół nie przeprowadził odpowiedniego researchu w sprawie partnera, który miał im stworzyć bardzo ważny element całej konstrukcji?
Czy Honda powinna ich poinformować o sporych zmianach kadrowych? Z moralnego punktu widzenia, oczywistym jest, że tak, lecz wtedy Japończycy nie zawarli, by z Brytyjczykami żadnej umowy, a Aston ciągle byłby zespołem klienckim Mercedesa. Ekipa z Silverstone może czuć się pokrzywdzona, lecz są sami sobie winni, że nie przyjrzeli się dokładnie temu, co do zaoferowania ma zespół Hondy.
Nie można jednak zapomnieć o tym, że jednostka napędowa, nie jest jedynym problemem Astona. Jeśli chodzi o sam bolid to on również jest niesamowicie słaby, a wyszedł on spod ręki Adriana Neweya. O tym mogliśmy przekonać się w Monako, gdzie jednostka napędowa nie ma aż takie znaczenia. Zobaczyliśmy wtedy, że cała konstrukcja zespołu z Silverstone jest w naprawdę złym stanie, co nas niezwykle zaskoczyło. Jak bolid „Człowieka, który widzi powietrze”, może być aż tak słaby?
Odpowiedzi możemy szukać w doniesieniach mówiących o niezwykle agresywnym profilu konstrukcji, którą stworzył Adrian Newey. Brytyjczyk jako szef zespołu koordynował również pracami innych działów i najwyraźniej wprowadził rozwiązania, które nie miały prawa zadziałać. Do tego miał powiedzieć Hondzie, żeby to Japończycy dostosowali się do projektu, a nie Aston Martin przystosował bolid do jednostki napędowej, co musiało skończyć się katastrofą. Ale kto mógł się spodziewać, że inżynier zajmujący się głównie aerodynamiką może sobie nie poradzić z zarządzaniem całym procesem budowania? Na pewno nie Lawrence Stroll, który dał ten awans Neweyowi.
Nadzieja umiera ostatnia
Odpowiadając na pytanie ze wstępu do tego artykułu, biorąc pod uwagę wszystkie powyższe aspekty, była to tylko kwestia czasu, aż wszystko zawali się na łeb na szyję. Winnego możemy widzieć tylko w postaci właściciela zespołu, który z każdym kolejnym dniem udowadnia, że nie ma zielonego pojęcia co zrobić, aby wynieść zespół na wyższy poziom.
To co robi Lawrence Stroll możemy porównać do Paris Saint-Germain, które przed zatrudnieniem Luisa Enrique próbowało zdobyć sukces skupowaniem gwiazd i liczyło na sukces. Wynik jednak był zawsze takim sam i co roku dochodziło do ogromnej kompromitacji. Można tu zauważyć pewną analogię. Zatrudnienie Vettela czy Alonso, podpisanie Neweya, próba kopiowania tego co działa u innych. Nie miało to prawa zadziałać, a od pamiętnego „Różowego Mercedesa” nie nastąpiła żadna zmiana kierunku projektu.
Mimo, że trudno mi w to uwierzyć, jest jakaś szansa, że od GP Holandii rzeczywiście zespół wróci na właściwe tory. Niestety, będzie to po prostu zbliżenie do zespołów środka stawki i po raz kolejny zespół będzie musiał zadowolić się zdobywaniem pojedynczych punktów.
W tym wszystkim najbardziej szkoda mi Fernando Alonso i jego fanów. Symboliczny jest fakt, że pierwsze zwycięstwo od ponad dekady zdobył w wyścigu LEGO na Silverstone, więc raczej nie spodziewałbym się zdobycia kolejnego w prawdziwym wyścigu lub trzeciego tytułu mistrzowskiego.
Jaka będzie przyszłość zespołu? Trudno mi to stwierdzić. Może Lawrence Stroll dalej będzie próbował coś osiągnąć, może sprzeda go Arabii Saudyjskiej. Naprawdę trudno to przewidzieć. Wiem natomiast jedno. Jeśli nic się nie zmieni to Aston Martin nigdy nie osiągnie sukcesu w Formule 1, mimo posiadania odpowiednich do tego zasobów.

