Czas to prawdopodobnie jedyna zmienna, w którą ludzkość jeszcze przez długi czas nie będzie w stanie ingerować. Niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie, lata mijają, a cyfry w kalendarzach nieustannie się zmieniają. Dziś postaram się przeanalizować, co z sezonu 2025 zapadnie nam w pamięci w kontekście Formuły 1.
Lando Norris 35. mistrzem świata F1
Oczywiście od 7 grudnia ubiegłego roku liczba 2025 na zawsze będzie kojarzyć się z Lando Norrisem – 11. brytyjskim mistrzem świata i pierwszym kierowcą McLarena, który sięgnął po tytuł od czasów Lewisa Hamiltona w 2008 roku.
Szerzej o Lando Norrisie w kontekście sezonu 2025 pisałem w osobnym artykule, jednak warto przypomnieć jego najważniejsze osiągnięcia z ubiegłorocznej batalii o mistrzostwo świata:
- 7 zwycięstw (drugi pod tym względem),
- 7 pole position (drugi pod tym względem)
- 18 podiów (pierwszy pod tym względem)
- pierwszy kierowca w historii, który wygrał 11 wyścigów na 11 różnych torach.

Niesamowita pogoń Maxa Verstappena
Mówi się, że w historii nie ma miejsca na przegranych, jednak w tym przypadku wydaje się, że jest inaczej. Max Verstappen w sezonie 2025 wspiął się na absolutne wyżyny swojej formy – był bezdyskusyjnie najlepszym i najpewniejszym kierowcą w całej stawce. Holender wyciskał z RB21 ponad 100% możliwości, a niektóre z jego pole position oraz zwycięstw na długo pozostaną w pamięci kibiców.
Ostatecznie Max Verstappen zakończył mistrzostwa na drugim miejscu – nie obronił tytułu i nie zdołał wyrównać rekordu Michaela Schumachera, tj. pięciu mistrzostw świata z rzędu. Jednak patrząc na to, co działo się w Red Bullu w tym sezonie – jeszcze niedawno ekipie mistrzowskiej – oraz na fakt, że Holender często dysponował dopiero trzecim, a momentami nawet czwartym samochodem w stawce, rodzi się pytanie: jak wielki byłby Verstappen w 2025 roku, gdyby otrzymał bolid zdolny do walki o mistrzostwo?
O wielkości Holendra najlepiej świadczy fakt, że po raz kolejny został wybrany najlepszym kierowcą stawki przez szefów zespołów Formuły 1. Nie było to głosowanie kibiców ani ekspertów, lecz ludzi, którzy na co dzień mają bezpośrednią styczność z kierowcami, doskonale znają ich realne możliwości, sytuację zespołów i wyniki osiągane na torze.

Kres Lewisa Hamiltona
Gdy w lutym 2024 roku ogłoszono, że Lewis Hamilton dołączy do Ferrari, świat motorsportu stanął na głowie – największa legenda Mercedesa miała zasilić najbardziej utytułowaną ekipę w historii Formuły 1. Emocje i oczekiwania związane z transferem siedmiokrotnego mistrza świata do włoskiego zespołu sięgnęły zenitu. Dziś jednak, gdy pierwszy sezon Hamiltona w barwach Ferrari mamy już za sobą, wiadomo, że ten ruch okazał się niewypałem, który może pozostać rysą na imponującej karierze Lewisa Hamiltona.
Lewis Hamilton kompletnie nie potrafił odnaleźć się w Ferrari – zakończył sezon dopiero na szóstym miejscu w klasyfikacji kierowców, wyraźnie przegrywając rywalizację z Charlesem Leclerkiem. Ani razu nie stanął na podium, a jedynym jaśniejszym momentem całej kampanii było zwycięstwo w sprincie w Chinach, które na chwilę rozbudziło nadzieje kibiców.
Oczywiście można argumentować, że był to dopiero pierwszy sezon Hamiltona w barwach Ferrari i że wszyscy doskonale znamy organizacyjny chaos, jaki potrafi panować w ekipie z Maranello. Trzeba jednak pamiętać, że Lewis Hamilton jest najbardziej utytułowanym kierowcą w historii Formuły 1, dlatego oczekiwania wobec niego powinny być znacznie wyższe niż to, co zaprezentował w minionym roku.

Odrodzenie Williamsa
Williams Racing to zespół, który jeszcze niedawno uchodził za najgorszą „czerwoną latarnię” Formuły 1 – przez kilka sezonów notorycznie zajmował ostatnie miejsca w klasyfikacji konstruktorów, często nie zdobywając żadnych punktów. W ubiegłym roku, pod przewodnictwem Jamesa Vowlesa, ekipa przeszła ogromną metamorfozę i udowodniła, że ciężka praca się opłaca. Zespół z Grove zakończył sezon na imponującym piątym miejscu w klasyfikacji konstruktorów, ustępując jedynie największym rywalom.
Williams wreszcie mógł pochwalić się duetem solidnych i skutecznych kierowców. Alexander Albon przez większą część sezonu pewnie dowoził punkty, natomiast Carlos Sainz dokonał czegoś, czego brytyjska ekipa nie zaznała od dawna – zdobył aż dwa podia w jednym sezonie, kolejno w Grand Prix Azerbejdżanu i Kataru.
Moim zdaniem przed Williamsem rysuje się świetlana droga do kolejnych sukcesów w Formule 1, a sezon 2025 zostanie zapamiętany jako rok, który rozpoczął to wszystko.

Nowa era kierowców
Sezon 2025 może okazać się czymś w rodzaju 2019 roku w Formule 1 – wtedy po raz pierwszy głośniej zaczęto mówić o takich kierowcach, jak Alexander Albon, George Russell, Lando Norris, Charles Leclerc czy Max Verstappen. Wszystko wskazuje jednak na to, że „złota piątka” tamtego okresu może wkrótce zostać przyćmiona przez nowe pokolenie, czyli kierowców, którzy zadebiutowali w 2025 roku.
O ile Lando Norris i Max Verstappen, który całkowicie zdominował erę, która powinna należeć do całej „złotej piątki”, sięgnęli po mistrzostwa świata, o tyle czas na mistrzostwa Russella, Albona i Leclerca powoli dobiega końca – wszystko za sprawą kierowców, którzy niemal drzwiami i oknami zadebiutowali w ubiegłym sezonie.
Isack Hadjar, Andrea Kimi Antonelli, Gabriel Bortoleto i Oliver Bearman to moim zdaniem – i zapewne nie tylko moim – przyszłość Formuły 1. Dwóch z nich, Hadjar i Antonelli, w nadchodzącym sezonie będzie ścigać się w czołowych zespołach. Oliver Bearman jest typowany na potencjalnego następcę Hamiltona w Ferrari, natomiast Gabriel Bortoleto ma wyjątkową szansę stać się twarzą projektu Audi w Formule 1.
Prawda jest taka, że czas pokaże, ilu z nich osiągnie sukces na miarę mistrzostwa świata. Jednak ich znakomita forma w sezonie 2025 tylko potwierdza, że czasy się zmieniają – kierowcy, którzy niedawno debiutowali w F1, już zaczynają być postrzegani jako „starsi”, którzy muszą zrobić miejsce dla młodych talentów.

Korekta: Nicola Chwist
Źródło obrazka poglądowego: Red Bull Content Pool

