Deszczowe, listopadowe popołudnie w São Paulo. Wielki finał sezonu 2012 w Formule 1. Kilkadziesiąt tysięcy pełnych pasji brazylijskich fanów na trybunach. Do tego miliony kibiców rozsianych przed telewizorami na całym świecie. I wszyscy są świadkami historycznej już sceny – stojącego w oszołomieniu i spoglądającego przed siebie pustym wzrokiem Fernando Alonso. Hiszpan nie jest w stanie uwierzyć, że to nie on świętuje właśnie zdobycie trzeciego w swojej karierze mistrzowskiego tytułu, dzięki któremu zrównałby się w tej kwestii z takimi legendami jak Senna, Lauda czy Stewart. Dołączenie do tego grona celebruje za to Sebastian Vettel, a powakacyjna szarża, dzięki której odrobił 42 punkty do przewodzącego klasyfikacji generalnej Alonso, jest jedną z najbardziej spektakularnych pogoni punktowych w Formule 1, które zakończyły się powodzeniem.
Jedyny taki początek w historii
Po inauguracji sezonu w Melbourne, zakończonej podwójnym podium McLarena, wiele wskazywało na to, że to ekipa z Woking będzie w nadchodzącym sezonie rozdawać karty. Z dobrej strony pokazał się też Vettel – urzędujący mistrz świata uzupełnił pierwszą trójkę. Powodów do zadowolenia nie miało za to Ferrari, które nie dość, że rozczarowało tempem podczas przedsezonowych testów, to do Grand Prix Australii jego kierowcy zakwalifikowali się na odległych lokatach, z których trudno było powalczyć o najwyższe laury.
Tym bardziej zaskakujące było więc rozstrzygnięcie kolejnego wyścigu, w Malezji, w którym Fernando Alonso stanął na najwyższym stopniu podium. Jeszcze mniej spodziewanie tuż za jego plecami linię mety przeciął Sergio Perez w Sauberze, który był bardzo blisko dopadnięcia kierowcy stajni z Maranello.
Już dwie pierwsze rundy mistrzostw ustanowiły trend, który, jak się później okazało, przewijał się przez cały rok 2012 w Formule 1. Trend, zgodnie z którym przy okazji każdego weekendu wyścigowego należało spodziewać się niespodziewanego. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że w pierwszych siedmiu wyścigach sezonu zobaczyliśmy ąż siedmiu różnych zwycięzców Grand Prix? Byli to kolejno Button, Alonso, Rosberg, Vettel, Maldonado, Webber i Hamilton.

W walce o czołowe miejsca liczyły się Red Bull, Ferrari i McLaren, szybkością imponował Lotus (szczególnie ten w rękach Kimiego Räikkönena), a i często tempem nie ustępowali przedstawiciele zespołów środka stawki. Wyglądało na to, że duży wpływ na końcowy wynik miała dyspozycja dnia, to, czy specyfika toru odpowiadała charakterystyce danego bolidu, lub najzwyklejsze szczęście. Nierzadko zdarzało się, że któryś z kierowców czołowych ekip borykał się z jakimiś problemami w trakcie rywalizacji, a to dawało szansę tym teoretycznie wolniejszym.
Nietrudno o przykłady niespodzianek. O fantastycznym wyniku Pereza w Malezji była mowa już wcześniej, ale podobnym zaskoczeniem, jeśli nawet nie większym, był triumf Rosberga w Chinach za kierownicą przeciętnego Mercedesa oraz szokujące zwycięstwo Pastora Maldonado w barwach Williamsa przy okazji Grand Prix Hiszpanii.
Alonso wysuwa się na czoło stawki
Pierwszym kierowcą, który zdołał wygrać drugi wyścig w sezonie 2012 w Formule 1, był Fernando Alonso. Było to o tyle wyjątkowe zwycięstwo, że przypadło na domowe dla Hiszpana Grand Prix Europy rozgrywane na torze w Walencji. Ponadto miejscowy bohater startował dopiero z 11. pozycji, ale oprócz świetnej jazdy dużą rolę w osiągnięciu sukcesu tamtego dnia odegrało szczęście.
Do pewnego momentu wszystko wskazywało bowiem na to, że tego niedzielnego popołudnia pewnie po pełną pulę punktów zmierza Sebastian Vettel. Pomimo ogromnej przewagi tempa nad resztą stawki Niemcowi nie było dane stanąć na najwyższym stopniu podium. Wszystko za sprawą awarii samochodu z 33. okrążenia, na skutek której Vettel odpadł z rywalizacji.
To wydarzenie przyniosło pewnego rodzaju przełom w mistrzostwach. Alonso awansował na pierwszą pozycję klasyfikacji generalnej i jako pierwszy w tamtym roku był w stanie zbudować sobie 20 punktową przewagę nad drugim kierowcą, którym wówczas był Mark Webber.
W następnych rundach, na Silverstone, Hockenheimringu i Hungaroringu, Hiszpan był kolejno drugi, pierwszy i piąty. A że wszyscy inni najgroźniejsi rywale w ostrej walce wzajemnie odbierali sobie punkty, to pozwoliło kierowcy z Oviedo na powiększenie swojej przewagi w mistrzostwach nad Webberem do aż 40 oczek.

Na dalszych pozycjach sytuacja wyglądała za to nad wyraz ekscytująco, ponieważ za plecami Australijczyka z Red Bulla, w odstępie zaledwie ośmiu punktów, plasowali się Vettel, Hamilton i Räikkönen. I chociaż zdawało się, że po szalonej pierwszej części roku Alonso dość komfortowo usadowił się na szczycie klasyfikacji generalnej kierowców, to, jak się później okazało, sezon 2012 w Formule 1 miał w zanadrzu kolejne dramatyczne zwroty akcji.
Powrót po wakacjach
Po standardowej letniej przerwie, podczas której fabryki zespołów muszą zostać zamknięte na dwa tygodnie, F1 wróciła do ścigania w Belgii, na legendarnym torze Spa. Ten weekend do udanych zaliczyć mógł Sebastian Vettel. Niemiec przebił się z dziesiątej pozycji na starcie na drugie miejsce i nie dość, że odrobił tym samym znaczną liczbę punktów do Alonso, to awansował też na drugą lokatę w generalce.
Hiszpan natomiast odpadł z rywalizacji już w pierwszym zakręcie na skutek ogromnego karambolu spowodowanego przez Romaina Grosjeana, za który francuski zawodnik Lotusa został później zawieszony na kolejny wyścig. Z powodu tego samego incydentu z wyścigu musieli wycofać się również Sergio Perez i Lewis Hamilton.

Kiedy tydzień później królowa motorsportu opuszczała „Świątynię Prędkości”, jak nazywany bywa tor Monza, na którym odbyło się kolejne Grand Prix, nie sposób było pozbyć się wrażenia, że los w pewien sposób bawił się w kotka i myszkę z kierowcami biorącymi udział w mistrzostwach. Dlaczego?
Ano dlatego, że podium tego wyścigu utworzyli Hamilton, Perez i Alonso, czyli dokładnie ta sama trójka, która przed tygodniem odpadła na pierwszym wirażu zawodów w Belgii. A kierowcy Red Bulla? Zarówno Webber jak i Vettel musieli wycofać się z rywalizacji z powodu problemów z bolidami.
Azjatycka pogoń Vettela
Po europejskich wyścigach, sezon 2012 w Formule 1 miał dostarczyć kolejnych wrażeń już w Azji. Przed pierwszą z rund rozgrywających się na Dalekim Wschodzie sytuacja w tabeli kierowców wciąż wyglądała dość komfortowo dla jej lidera, czyli Alonso. Hiszpan miał aż 37 punktów przewagi nad drugim w klasyfikacji Hamiltonem z McLarena, za którego plecami w bliskiej odległości czaili się jeszcze Räikkönen, Vettel i Webber. Zostało 7 wyścigów do końca.
Grand Prix w Singapurze, Japonii, Korei Południowej i Indiach zostały kompletnie zdominowane przez Sebastiana Vettela – Niemiec pewnie zwyciężył we wszystkich wyżej wymienionych wyścigach. 100 punktów zdobytych na przestrzeni czterech weekendów wywindowało dwukrotnego wówczas mistrza świata na szczyt tabeli. Jego rywalom dopisywało za to w tym czasie różne szczęście.
Na skutek słabszych rezultatów z walki o końcowe zwycięstwo w zasadzie wypisali się Räikkönen, Hamilton i Webber. Co prawda po Grand Prix Indii każdy z tych dżentelmenów miał jeszcze matematyczne szanse na mistrzostwo, ale trudno było realistycznie brać ich jeszcze pod uwagę w walce o tytuł. Najlepiej poza Vettelem punktował Alonso, który co prawda w Japonii nie dojechał do mety z powodu kolizji, ale w pozostałych azjatyckich rundach nie schodził z podium. To pozwoliło mu zachować tylko 13 oczek straty do lidera z Red Bulla.
Po dwóch kolejnych wyścigach, w Abu Zabi i Stanach Zjednoczonych, został zachowany status quo. Najpierw na torze Yas Marina Alonso dojechał drugi, a Vettel trzeci, tylko po to, żeby później na Circuit of the Americas obydwaj kandydaci do mistrzostwa wymienili się pozycjami na mecie. Przed ostatnim Grand Prix sezonu 2012 w Formule 1 wciąż nie znaliśmy odpowiedzi na pytanie, kto ostatecznie triumfuje.

Szalony finał sezonu 2012 w Formule 1
Tor w São Paulo jest znany z tego, że wyścigi na nim rozgrywane regularnie dostarczają emocji. Nie inaczej było 14 lat temu, ale wówczas skala dramaturgii, jakiej doświadczyli kibice oglądający finał sezonu, sięgnęła zenitu. Przed Grand Prix rozpisano wiele scenariuszy określających kto w jakich okolicznościach zdobędzie tytuł.
Najprościej rzecz ujmując, Alonso, aby myśleć o mistrzostwie, musiał ukończyć wyścig na podium i liczyć na odległą pozycję Vettela. Niemiec z kolei na pewno zostałby koronowany mistrzem, gdyby dojechał co najmniej czwarty, ale naturalnie on wciąż dysponował dodatkowymi 13 punktami zaliczki. Zawodnikom zadanie zdecydowała się utrudnić pogoda. Deszcz a to pojawiał się, a to znikał, powodując, że warunki na torze były nieprzewidywalne.
Grand Prix Brazylii rozpoczęło się tak, jakby jego scenariusz napisał sam Hitchcock, czyli od trzęsienia ziemi. To dlatego, że już na pierwszym okrążeniu Sebastian Vettel po kontakcie z Bruno Senną obrócił się i spadł na sam koniec stawki.
Na domiar złego jego bolid ucierpiał na tyle mocno, że gołym okiem można było dostrzec sporą dziurę w sekcji bocznej. Ekipa Red Bulla wykorzystywała zdjęcia robione przez fotografów obecnych na torze, aby oszacować, jak poważne są uszkodzenia. Uznano, że wyrwa na pewno ma wpływ na właściwości jezdne samochodu, ale nie dało się jej w żaden sposób naprawić w trakcie rywalizacji, więc Vettel po prostu kontynuował jazdę. Po zaledwie dziewięciu okrążeniach szaleńczej pogoni dwukrotny mistrz świata był już na szóstej pozycji, dającej mu wówczas trzeci z rzędu tytuł.

Tymczasem Alonso z siódmej pozycji, z której startował, przebił się na trzecią lokatę, którą jednak równie szybko stracił na rzecz młodego Nico Hülkenberga w Force India, gdy na piątym kółku wyjechał szeroko w pierwszym zakręcie. W tym samym momencie pogoda zaczęła o sobie przypominać w postaci mocniejszego niż dotychczas deszczu, który wymagał od zawodników zjechania po opony przejściowe.
Oprócz batalii zawodników toczyła się też rywalizacja strategów, którzy w tych trudnych warunkach atmosferycznych starali się opracować taktykę, która pozwoliłaby ich kierowcy przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Ostatecznie zawodnicy odwiedzali aleję serwisową kilkukrotnie, wymieniając opony na mokrą nawierzchnię na slicki i odwrotnie. Przez długi czas wiele wskazywało na to, że pomimo dramatycznego początku to jednak Vettel przetnie linię mety jako nowy mistrz.
Jednak na kilkanaście okrążeń przed końcem wyścigu, gdy nadszedł czas na ostatnią zmianę kół, ekipa Red Bulla popełniła błąd. Licząc na to, że warunki pogodowe się poprawią, mechanicy założyli na bolid Niemca opony na suchą nawierzchnię. Szybko okazało się, że była to zła decyzja i tor nie nadawał się do jazdy na tego rodzaju gumach. Po zaledwie dwóch kółkach Vettel znów odwiedził aleję serwisową, którą tym razem opuścił na oponach przejściowych.
Całe zamieszanie spowodowało, że zawodnik Red Bulla spadł dopiero na 11. pozycję. W tym samym czasie doszło do kolizji między Hamiltonem a Hülkenbergiem, na której skorzystał Alonso, który awansował na drugie miejsce w wyścigu. Taki układ zapewniał tytuł mistrzowski Hiszpanowi z Ferrari. Zostało 16 okrążeń do końca, Vettel znów musiał gonić i znów mu się udało. W tych okolicznościach wystarczyła mu ósma lokata, ale zdołał wdrapać się aż na szóstą pozycję. Kiedy Paul di Resta wylądował w ścianie, wywołując samochód bezpieczeństwa, było jasne, że już nic nie jest w stanie odebrać mu mistrzostwa.

Deszczową i dreszczowcową końcówkę roku 2012 w Formule 1 do dziś wiele osób wspomina z rozrzewnieniem. I nie ma znaczenia, czy są to fani Red Bulla, którzy celebrowali razem z Vettelem, czy „Tifosi”, którym serce pękło wraz z porażką Alonso – chyba dla wszystkich kibiców tamten sezon ma już miano współczesnego klasyka.
Źródło obrazka poglądowego: Red Bull Content Pool

