
Anomalia – odchylenie od normy, średniej wartości lub po prostu coś, co odbiega od oczekiwanego bądź standardowego stanu rzeczy. Określenie to dotyka wszystkich dziedzin życia: pogody, nauki czy medycyny. Anomalie nie są obce również w sporcie i wystarczy wspomnieć tu występ Greków na Euro 2004, srebro Czechów z 1996, również na Euro, czy złoto olimpijskie Australijczyka Stevena Bradbury’ego w short tracku na igrzyskach w Salt Lake City.
Naturalnie anomalie dotknęły również Formułę 1. Za przykład niech posłużą zwycięstwo Vettela we Włoszech w 2008 roku, występ Alpine w zeszłorocznym wyścigu w São Paulo albo podium Nico Hülkenberga na Silverstone w tym sezonie. To wszystko wydaje się jednak blednąć przy sytuacji sprzed 16 lat, kiedy podczas weekendu na Spa-Francorchamps Giancarlo Fisichella wraz z zespołem Force India sprawili, że logikę szlag jasny trafił.
Giancarlo Fisichella u kresu kariery

Włoski kierowca w sezonie 2009 był już weteranem Formuły 1. „Fisico” zadebiutował w Królowej Motorsportu w 1996 jako jedna z największych nadziei kibiców z kraju znad Adriatyku od lat 80., gdy o czołowe pozycje walczyli Elio de Angelis, Riccardo Patrese i Michele Alboreto. Przez lata jednak ciężko było mu zademonstrować swój pełny potencjał: karierę zaczynał w Minardi – jednym z najgorszych zespołów w stawce, a kolejne 7 sezonów spędził w barwach Jordana i Benettona.
Inna sprawa, że w tym okresie Włoch pokazał, iż uwielbia wymykać się utartym schematom. Podczas GP Monako 1998 był wolniejszy TYLKO od McLarenów. W tym samym roku zdobył pole position do GP Austrii, a w szalonym wyścigu na Interlagos w 2003 roku sięgnął po wygraną. Żeby było ciekawiej, poza wygraną w Brazylii, Fisichella… Zapunktował tylko raz w tamtym sezonie.

Do niespodzianki pasował więc idealnie
Szkopuł w tym, że od 2008 roku bronił barw zespołu Force India – najgorszego zespołu w stawce, który korzystał z lekko poprawionej wersji bolidu Spykera z 2007 roku. W pierwszym sezonie startów dla hinduskiego zespołu Giancarlo jedynie w Hiszpanii był blisko punktowanej ósemki – o awansie do Q3 nie było nawet mowy. Rewolucja techniczna, którą przyniósł ze sobą kolejny sezon i zmiana dostawcy silników z Ferrari na Mercedesa, nieco poprawiła sytuację zespołu… Ale dosłownie minimalnie.
Wyjście z Q1 wciąż stanowiło dla Fisichelli i jego kolegi z zespołu, Niemca Adriana Sutila, jedną z 12 prac Herkulesa. „Fisico” w pierwszej połowie sezonu do Q2 wszedł tylko w Monako, z kolei Sutil dokonał tej sztuki trzykrotnie, w tym w domowej rundzie na Nürburgringu awansował nawet do Q3. Nie zmienia to jednak faktu, że przez półtora sezonu Force India nie zdobyła żadnego punktu.
Co więc stało się w Grand Prix Belgii 2009?
Akurat na weekend na Spa-Francorchamps Force India przygotowała duży pakiet poprawek. Jak wspomina Fisichella:
Mieliśmy nowy pakiet aerodynamiczny. Dostaliśmy go w sobotę rano i tak szybko, jak tylko mogłem, wsiadłem do bolidu, wyjechałem na tor i byłem o sekundę-półtorej sekundy szybszy niż w poprzedni dzień. To było niesamowite; auto było znacznie lepsze, łatwiejsze w prowadzeniu i bardziej stabilne. (F1.com)
Stajnia z Silverstone przywiozła na Spa nowe przednie skrzydło, podłogę oraz bargeboardy, inspirowane schematami zastosowanymi w zmierzającym po podwójną koronę Brawnie GP.
Efekt? Pierwsze miejsce!
I to nie tylko w Q1 czy Q2, choć w Q1 również wygrał. Fisichella zdobył pole position… przed Jarno Trullim i Nickiem Heidfeldem. Trzecie miejsce Niemca to również spora niespodzianka, bo BMW Sauber po pierwszych dwóch rundach spadło do poziomu totalnego średniaka, z trudem walczącego o top 10, nie mówiąc już o punktowanej wówczas ósemce. Całkiem nieźle spisał się również Sutil, który wywalczył 11. miejsce.
W zasadzie przefrunęliśmy przez Q1. W Q2 uzyskałem czwarty czas i wtedy powiedziałem „Możemy to zrobić. Możemy zakwalifikować się w pierwszych dwóch rzędach, wiem to!” W Q3 wykonałem fantastyczne okrążenie i zdobyłem pole position. Nie mogliśmy w to uwierzyć! Cały zespół oszalał. Zrobiliśmy po tym dużą imprezę. (f1.com)
– komentował swój występ Włoch, wciąż z wielkimi emocjami, mimo upływu lat.

Za sobotę jednak nikt punktów nie przyznaje. Rok 2009 był ostatnim sezonem tankowania w F1, a przepisy wymagały startu z taką samą ilością paliwa, z jaką kierowca ukończył Q3. I tutaj sytuacja dla Giancarlo przestała być kolorowa. Włoch miał drugą najmniejszą ilość paliwa w stawce i jedynie startujący z czwartego pola Rubens Barrichello w Brawnie był w gorszej sytuacji. Innymi słowy – Fisichella nie miał przed sobą najłatwiejszego zadania. Włoch jednak pewnie wygrał start, a dzięki walce między Trullim i Heidfeldem nie musiał martwić się o obronę pozycji w pierwszym sektorze.
Dawid kontra Goliat
Za jego plecami działo się jednak sporo. Na starcie został Barrichello, a z walki o drugie i trzecie miejsce zwycięsko wyszli kierowcy startujący z trzeciej linii – Robert Kubica i Kimi Räikkönen. Na wyjściu z pierwszego zakrętu drugi był Robert, ale dzięki debiutującemu w 2009 roku systemowi KERS Räikkönen poradził sobie z Polakiem na prostej Kemmel. Chwilę później, w szykanie po prostej, swój wyścig zakończyli kolejno: Lewis Hamilton, Jenson Button, Jaime Alguersuari i Romain Grosjean. Po ich wypadku zapachniało nawet czerwoną flagą, ale ostatecznie skończyło się na wyjeździe samochodu bezpieczeństwa.

Neutralizacja nie była dobrym sygnałem dla Fisichelli. KERS w 2009 roku był opcjonalny i większość zespołów, ze względu na jego sporą wagę, decydowała się z niego nie korzystać. Takim teamem była Force India. Giancarlo Fisichella musiał zatem doskonale spisać się na restarcie, by mieć w ogóle szansę na utrzymanie prowadzenia.
Ten wyszedł mu jednak niemrawo. Włoch nawet nie próbował zaskoczyć Räikkönena, co mogło się skończyć w jeden sposób – utratą pozycji na prostej Kemmel. Fisichella miał 40 okrążeń na rewanż, a w dodatku całkiem nieźle zarządzał paliwem. Przez cały wyścig podążał za Kimim jak cień, jedynie na pierwszym stincie różnica przekraczała dwie sekundy, ale szansy na kontrę nie otrzymał.

Bez samochodu bezpieczeństwa mogliśmy wygrać ten wyścig, ale druga pozycja i tak była wspaniała dla zespołu. To był niesamowity dzień, a ja byłem szczęśliwy i dumny z ekipy. […] Gdybym tylko miał szansę na wyprzedzenie go… Jestem pewien, że byłem szybszy, ale jadąc za nim, traciłem trochę docisku, co było trudne dla opon. Miał szczęście, ponieważ mógł używać KERS, a ja nie! […] Wykorzystywał go na wyjściach z zakrętów i odjeżdżał nam o 20–30 metrów, co było wystarczające do utrzymania prowadzenia. (f1.com)

Ojczyzna wzywa
Dwa dni po wyścigu na Spa po Włocha zgłosiło się Ferrari. Fisichella we wtorek odebrał telefon od swojego menedżera, Enrico Zanariniego, który przekazał mu, że zespół chce go wziąć do końca sezonu w zastępstwie Felipe Massy. Po wypadku na Węgrzech, w Belgii i Valencii Brazylijczyka zastępował Włoch Luca Badoer – wieloletni kierowca testowy stajni z Maranello i były zawodnik Minardi, który kompletnie nie pasował poziomem do legendarnego zespołu. Co ważne – kontrakt nie zakładał startów w sezonie 2010, przez co odmówił im m.in. Robert Kubica.
Już następnego dnia Giancarlo Fisichella pojechał do siedziby Ferrari i razem ze Stefano Domenicallim – ówczesnym szefem Ferrari – doszli do porozumienia. Ponadto problemów nie robił Vijay Mallya, szef Force Indii, i tym samym Fisichella zadebiutował w nowych barwach podczas domowej rundy na Monzy. Przenosiny jednak nie wyszły zbyt dobrze – Włoch tylko raz, właśnie w Grand Prix Włoch, wyszedł z Q1 i ledwie dwukrotnie finiszował w top 10 – był dziewiąty na Monzy i dziesiąty na Interlagos w Brazylii. Po latach Giancarlo Fisichella nie żałował swojej decyzji.

Jestem pewien, że jakbym został w Force Indii w 2009 roku, mógłbym zdobyć nawet kolejne podium i sporo punktów, ponieważ samochód po Spa był zdecydowanie lepszy niż wcześniej. Nawet na Monzy byli bardzo szybcy z Tonio (Liuzzim) i Sutilem. Byli bardzo konkurencyjni, więc było mi trochę szkoda, ale gdy zgłosiło się po mnie Ferrari, nie mogłem odmówić! To było moje dziecięce marzenie. Byłem na końcu mojej kariery, więc musiałem wziąć ten czynnik pod uwagę, i myślę, że przejście do Ferrari było słuszną decyzją. (f1.com)
Po 2009 roku Włoch nie znalazł dla siebie miejsca w F1. Choć wspominał, że mógł dołączyć m.in. do Saubera, zdecydował się zostać w Ferrari i startować w Le Mans Series.
Force India w natarciu!
Sen Force Indii trwał jednak dalej. Jak wspominał Giancarlo Fisichella, Vitantonio Liuzzi i Adrian Sutil spisali się rewelacyjnie podczas następnego weekendu na Monzy. Sutil w treningach był trzeci, pierwszy i pierwszy, a swoją formę udowodnił w kwalifikacjach, ustępując jedynie Hamiltonowi. W wywiadzie po kwalifikacjach Niemiec nie krył ogromnych emocji:
Samochód jest niesamowity. Jest szybki, nieprawdopodobny – to świetne dla naszego zespołu, że nasz wielki sukces ze Spa jest kontynuowany. Bycie konkurencyjnym… To zupełnie inne uczucie w aucie, gdy wiemy, że mamy szansę. Cieszyłem się każdą chwilą i jestem szczęśliwy, że jestem tutaj obok Lewisa i Kimiego, w pierwszym rzędzie. (thecheckerdflag.co.uk)

Liuzzi z kolei z sesji na sesję zyskiwał pewność, co zaowocowało siódmym miejscem w czasówce. Tym razem pod względem strategii zespół poszedł va banque – o ile Vitantonio miał wystarczająco paliwa, by pojechać na jeden pit stop, Adrian był jednym z ledwie trzech zawodników ze strategią dwóch postojów.
O włos od drugiego podium
Choć ruszył nieźle, Niemiec nie utrzymał swojej lokaty. Räikkönen Force Indii nieraz uprzykrzał życie – pomijając Grand Prix Belgii, w 2008 roku w Monako to Fin po błędzie na dohamowaniu do szykany po tunelu wyrzucił Sutila z wyścigu. Teraz, na Monzy, ograł go do jedynki, awansując na drugie miejsce. Plusem, jeżeli można to tak nazwać, była strategia Fina, który podobnie jak Sutil i prowadzący Hamilton, jechał na dwa pit stopy.
Czołowa trójka przez cały pierwszy stint regularnie odjeżdżała od reszty stawki, ale nie zdołali uciec rywalom na odległość jednego pit stopu. Najbliżej tej sztuki był oczywiście Lewis, ale nawet Brytyjczyk spadł za duet Brawn GP, który przewodził stawce jadącej na jeden pit stop. Räikkönen i Sutil o walce o podium mogli zatem już zapomnieć, ale czwarte i piąte miejsce wciąż brzmi znakomicie. Ostatecznie po wypadku Hamiltona w pierwszym lesmo, finiszowali na trzeciej i czwartej pozycji.
To był świetny wyścig, a samochód sprawował się naprawdę dobrze. Wiedzieliśmy, że na początku będzie bardzo trudno obronić się przed Kimim z KERS-em. Utknąłem za nim na cały wyścig. Byłem naprawdę szybki, ale po prostu nie mogłem znaleźć sposobu na wyprzedzenie go, bo KERS miał tak duży wpływ na tym torze. Mieliśmy szansę wyprzedzić go w pit lane podczas drugiego pit stopu [Räikkönen miał problemy z ruszeniem ze stanowiska], ale trochę za późno zahamowałem, przez co straciliśmy kilka sekund. […] Tak czy inaczej, zdobyliśmy dużo punktów i jestem naprawdę, naprawdę szczęśliwy za siebie i cały zespół na torze oraz w fabryce i tunelu aerodynamicznym. (autosport.com)
Nowa rzeczywistość po Grand Prix Włoch 2009

W ostatnich czterech rundach Force India już nie zdobyła punktów, choć Sutil dwukrotnie wchodził do Q3, w obu przypadkach meldując się w top 5 – w Japonii był czwarty, a w Brazylii trzeci. W wyścigach jednak Adrian nie potrafił odpędzić się od problemów. Na Suzuce obrócił się po kontakcie z Kovalainenem, w Singapurze po kontakcie z Alguersuarim (wracając na tor, rozbił się o Nicka Heidfelda), a na Interlagos odpadł z wyścigu już na pierwszym kółku po karambolu z Jarno Trullim i Fernando Alonso.
Grand Prix Belgii i Włoch były niejako zapowiedzią wejścia Force Indii w rolę zespołu regularnie walczącego o punkty. W kolejnym sezonie zespół nie zdobył punktów tylko w siedmiu wyścigach. Na kolejne podium ekipa czekała aż do ery hybrydowej i Grand Prix Bahrajnu 2014, jednak w międzyczasie zdarzały im się finisze w top 5, a nawet walka o zwycięstwo. By lepiej poznać całą historię zespołu Vijaya Mallyi, zapraszam do filmu Piotra Szczepanika – Hinduski Lot Ikara.
Korekta: Nicola Chwist
Źródło zdjęcia poglądowego: X.com/Aston Martin Aramco F1 Team