Autor: Bartosz Babiel
„On jest za młody, nie powinniście dawać mu fotela w Mercedesie, wrzućcie go do mniejszego zespołu, potrzebuje więcej doświadczenia, spójrzcie na błędy, które popełnia” – te słowa zostały prześmiewczo zacytowane przez Toto Wolffa na finiszu GP Chin 2026, w którym po raz pierwszy triumf odniósł Andrea Kimi Antonelli. Zarówno on, jak i szef zespołu zmagali się z ogromną krytyką po tym, jak oficjalnie ogłoszono, kto zastąpi Lewisa Hamiltona w zespole z Brackley. Nie można jednak zaprzeczyć, że był to ogromny skok na głęboką wodę, o wiele większy niż ten dokonany przez Isacka Hadjara, gdy został partnerem zespołowym Maxa Verstappena od sezonu 2026.
Włoski Ikar nie sparzył się jednak, podlatując zbyt blisko słońca, i aktualnie prowadzi w klasyfikacji kierowców obecnej kampanii. Czy rzeczywiście mamy podstawy, aby liczyć na zdobycie przez tak młodego kierowcę jednego z klejnotów motorsportu?
Ogromne buty do wypełnienia
Sezon 2024 zaczęliśmy od bomby atomowej, która spadła na nas wieczorem, 1 lutego. Utrzymane w całkowitej tajemnicy porozumienie sir Lewisa Hamiltona ze Scuderią Ferrari ujrzało wtedy światło dzienne i wstrząsnęło wszystkimi, nawet tymi, którzy raczej Formułą 1 się nie interesowali. Siedmiokrotny mistrz świata postanowił opuścić po ponad dekadzie zespół, w którym wygrał sześć z siedmiu tytułów mistrzowskich, jednak na ustach fanów Mercedesa prawie natychmiast pojawiło się jedno pytanie: kto go zastąpi?
W pierwszej chwili wydawało się, że oczywistym wyborem będzie zatrudnienie kogoś z doświadczeniem w królowej motorsportu. Na sam początek kolejki wyłonił się Carlos Sainz, który został na lodzie po tym, jak Ferrari wraz z oficjalnym komunikatem odnośnie do zatrudnienia Brytyjczyka dało jasno do zrozumienia, że nie przedłuży kontraktu z Hiszpanem. Według medialnych doniesień z tamtego okresu Hiszpan miał odrzucić ofertę z uwagi na zbyt krótki okres trwania umowy, co nie było zaskoczeniem z uwagi na to, że Toto chciał, aby Kimi w bliskiej przyszłości został jednym z kierowców jego zespołu. Zatrudnienie Sainza pozwoliłoby zyskać dodatkowy czas na rozwój Włocha, lecz na taki scenariusz nie zgodził się Hiszpan. Drugim kandydatem był Max Verstappen. Czterokrotny mistrz świata pozostawał marzeniem Wolffa przez bardzo długi okres i szef zespołu z Brackley wielokrotnie pluł sobie w brodę, że to Red Bull zdobył Holendra.
Po wyeliminowaniu tych dwóch opcji racjonalne byłoby szukanie innych kierowców dostępnych na rynku i próba ich podkupienia. Jednak Toto Wolff wybrał szablonowość i 31 sierpnia 2024 roku oficjalnie ogłoszono, że drugi fotel będzie należał do włoskiego supertalentu.
Czy Mercedes oszalał?
Niemal natychmiast wybuchła dyskusja na temat tego, czy jest to właściwa decyzja. Patrząc na historię innego juniora Mercedesa, czyli George’a Russella, który swoje pierwsze kroki w F1 stawiał w Williamsie, zaskakiwał fakt, że podobnej drogi nie przeszedł młody Włoch. Zespół z Brackley postawił przed młodym Włochem niemożliwe do sprostania wyzwanie. Dziś już wiemy, że była to właściwa decyzja, lecz wtedy było zbyt wiele niewiadomych oraz więcej argumentów przeciw niż za.
Mercedes swoją decyzję o przyspieszonym wdrożeniu Andrei Kimiego Antonellego podjął, opierając się na jego potencjale i wynikach w seriach juniorskich, w których wyraźnie było widać, że w tym dzieciaku z rocznika 2006 drzemie ogromny potencjał i nazywanie go „drugim Verstappenem” nie wzięło się znikąd.
Nieważne, jak zaczynasz…
Pierwszy sezon Włocha w F1 był pełen wzlotów i upadków. Kierowca z Bolonii rozpoczął go od słodko-gorzkiego weekendu w Australii, gdzie po słabych kwalifikacjach zajął miejsce w czołowej dziesiątce po szalonym wyścigu na Albert Park. Dobrą passę podtrzymywał przez pierwsze sześć rund, z wyjątkiem Bahrajnu, gdzie niewiele mu zabrakło, aby zdobyć chociaż jeden punkt.
Problemy zaczęły się na europejskich obiektach, na których Andrea Kimi Antonelli wypadł jak zupełnie inny kierowca. W zakończeniu złej serii nie pomagała mu również awaryjność bolidu Mercedesa, która w poprzednim sezonie wyjątkowo trapiła młodego kierowcę z Włoch. Antonelli na obiektach azjatyckich czy amerykańskich zaczął znów prezentować się jak kierowca, za którego Toto Wolff dałby sobie rękę uciąć, że w przyszłości dołączy do największych postaci w historii F1. Z każdą rundą obecnego sezonu taka wizja staje się coraz bardziej realna, ale do jej spełnienia jeszcze daleko.

Co wtedy poszło nie tak? Jaki był powód tak słabej formy i wielu problemów, przez które zaczęły powstawać memy o dwutlenku tytanu czy Europonellim? Na te pytania raczej nigdy nie dostaniemy odpowiedzi.
…ważne, jak kończysz
Po wszystkich plotkach dotyczących tego, jak bardzo bolid zespołu Mercedes będzie dominować nad resztą stawki, raczej spodziewaliśmy się, że tytuł zgarnie George Russell. Mówimy o kierowcy, który w F1 jest od sezonu 2019, był w stanie wygrywać rywalizację ze swoim zespołowym partnerem, Lewisem Hamiltonem, co finalnie doprowadziło go do pozycji kierowcy numer 1 w zespole oraz zapewniło funkcję mentora młodego Andrei Kimiego Antonellego. Na papierze wszystko się zgadzało i trudno było spodziewać się innego zakończenia trwającej kampanii. Życie jednak potrafi nas zaskakiwać.
Brytyjczyk świetnie rozpoczął sezon od zwycięstwa na Albert Park, lecz im dalej w las, tym było coraz gorzej. Od GP Chin Russell zaczął wyraźnie przegrywać z Włochem, który jedzie dopiero swój drugi sezon jako kierowca Formuły 1. Nie będziemy jednak analizować sezonu George’a Russella z uwagi na to, że to nie on jest głównym bohaterem tego tekstu. Niemniej jednak w bliskiej przyszłości warto się przyjrzeć temu, co poszło nie tak po stronie garażu oznaczonej numerem 63.
Wracając do Włocha – lepiej nie dało się rozpocząć marszu po pierwszy mistrzowski tytuł. W pierwszej części sezonu nie obyło się bez kilku wpadek, takich jak sprinty w Chinach czy Miami, gdzie kierowca Mercedesa wciąż miał problemy z dobrym wystartowaniem do rywalizacji. Czasami również zabrakło po prostu trochę szczęścia czego idealnym przykładem jest GP Barcelony-Katalonii, podczas którego Włoch musiał wycofać się jednym z ostatnich okrążeń wyścigu oraz GP Wielkiej Brytanii, w którym przez problemy z bolidem stracił szansę na walkę o podium. Widoczny gołym okiem jest fakt, że Andrea Kimi Antonelli wyciągnął wnioski z błędów z poprzedniego sezonu i pewnie kroczy po historyczne osiągnięcie, jakim jest mistrzostwo świata w wieku 20 lat. Aby to osiągnąć, musi wyciągnąć jeszcze jedną lekcję z poprzedniego sezonu.
Australijski prekursor
Chyba nie trzeba nikomu przypominać, jak potoczyły się losy mistrzowskiego tytułu w drugiej części poprzedniego sezonu. Prawdopodobnie większość z nas myślała, że Oscar Piastri zostanie mistrzem świata, gdy aż do GP Holandii utrzymywał przewagę 34 punktów nad Lando Norrisem oraz aż 104 punktów nad Maxem Verstappenem. Niektórzy do tego stopnia, że założyli się o śpiewanie hymnów największych rywali swojego ukochanego klubu. Jak się później okazało, takie zakłady były błędem.
Australijczyk w drugiej części sezonu pokazał się z absolutnie najgorszej strony, czego początkiem było GP Azerbejdżanu. Finalnie Piastri zakończył sezon na trzecim miejscu, ustępując Norrisowi i Verstappenowi. Stracił zarówno mistrzostwo, jak i wicemistrzostwo. Do dziś tak naprawdę kierowca zespołu McLaren nie powrócił do dawnej formy, z wyjątkiem ostatniego, udanego GP Węgier.
Przekonamy się już niedługo, czy Antonelli nie powieli tego samego błędu.
Prove them wrong, kid
Żeby to było jasne – nie przyznaję tytułu mistrzowskiego młodemu Włochowi. Poprzedni sezon jak żaden inny pokazał nam, że robienie tego na tym etapie to głupota, bo wiele jeszcze może się zmienić. Niemniej jednak Włoch stoi przed możliwością zrobienia czegoś historycznego i jak najbardziej mu w tym kibicuję.
Aktualnie rekord najmłodszego mistrza świata znajduje się w gablocie Sebastiana Vettela, który w wieku 23 lat i 134 dni zdobył swój pierwszy tytuł w 2010 roku, po szalonym wyścigu w Abu Zabi. Andrea Kimi Antonelli za kilka dni skończy dopiero 20 lat. Czy uda mu się zdobyć mistrzostwo teraz, gdy zespół Mercedes ponownie dominuje?
Na to pytanie nie znam odpowiedzi, jak również nie będę typować żadnego mistrza. Wiem natomiast jedno – jeśli Włoch wyciągnął odpowiednie wnioski i utrzyma dobrą formę, to jest murowanym kandydatem do tytułu mistrza świata. GP Holandii jest już za rogiem i z całą pewnością wszystkie oczy będą zwrócone na garaż, w którym znajduje się bolid z numerem 12.

