Alex Rins. Yamaha

W latach 2013–2016 Álex Rins cztery razy z rzędu uplasował się w czołowej trójce klasyfikacji generalnej, ale ani razu na pierwszym miejscu. W sezonie 2020 był częścią mistrzowskiego składu Suzuki, lecz tytuł zdobył jego zespołowy kolega. Dwa lata później przez chwilę był liderem klasyfikacji generalnej, ale Suzuki ogłosiło wycofanie się z MotoGP.

Po przenosinach do Hondy wygrał już w swoim trzecim wyścigu. Niedługo później doznał kontuzji, której skutki odczuwa do dziś. Przeniósł się do Yamahy, w której barwach od dwóch lat walczy, żeby zdobywać jakiekolwiek punkty w wyścigach.

Po tym sezonie Álex Rins najpewniej opuści szeregi MotoGP. Była to kariera pełna wzlotów i upadków, a przede wszystkim kariera pechowa, której nigdy nie udało się ozdobić mistrzowskim tytułem.

Poza Rinsem, jeszcze kilku innych zawwodników może pożegnać się z klasą królewską wraz z końcem sezonu. Przeczytasz o nich tutaj

Zero tytułów

Jest wielu zawodników, którzy pomimo dużej liczby wygranych Grand Prix nigdy nie zdobyli mistrzostwa świata klasy królewskiej. Dani Pedrosa, Andrea Dovizioso czy Max Biaggi to kierowcy będący legendami motorsportu, jednak nigdy nie udało się ukoronować ich karier najważniejszym laurem. W ich przypadku czynnikiem decydującym o ostatecznej porażce była niezwykle silna konkurencja, w której każda strata punktów była wysoce kosztowna. Niemniej porażki z Doohanem, Rossim czy Márquezem to żaden wstyd, a już samo rzucenie im rękawicy świadczy o wysokiej klasie rywali. Brak tytułu w MotoGP/500cc wspomniana trójka powetowała sobie tytułami w niższych klasach wyścigowych. To zresztą powszechny przypadek, że wielcy kierowcy prędzej czy później zdobywają jakiś tytuł.

I tu właśnie dochodzimy do Álexa Rinsa, który pomimo 18 wygranych wyścigów ani razu nie zaznał triumfu w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata na koniec sezonu. W całej historii tylko jeden zawodnik ma więcej wygranych bez tytułu – Ralf Waldmann, startujący w latach 90. Ma on dwa tytuły wicemistrzowskie 250cc oraz dwa trzecie miejsca w 125cc (łącznie 20 zwycięstw). Trudno jednak stawiać go na tej samej półce co Rinsa, gdyż jego kariera w 500cc potrwała zaledwie jeden niezbyt imponujący sezon, po którym wrócił do klasy pośredniej. Hiszpan, który przez kilka lat naprawdę był w czubie MotoGP, to zawodnik zdecydowanie wyższej klasy.

Ralf Waldmann wygrał aż 20 wyścigów na poziomie mistrzostw świata. Niestety nie dało mu to tytułu. Źródło: reddit.com/r/motogp

Po drugiej stronie skali mamy takich zawodników jak Nicky Hayden, który ma w swoim dorobku tytuł klasy królewskiej, pomimo iż w mistrzowskim sezonie 2006 wygrał zaledwie dwa Grand Prix (wcześniej zwyciężył tylko raz). Inny znany przykład to Joan Mir, który w sezonie 2020 zdobył mistrzostwo, wygrywając tylko jeden wyścig (do dziś to jego jedyne zwycięstwo w MotoGP). Trzeba jednak zaznaczyć, że Hiszpan ma też na swoim koncie tytuł w Moto3.

Jak widać, często nawet tytuł w klasie królewskiej nie wymaga dominacji nad rywalami. Czasem potrzeba tylko utrzymania określonego poziomu na przestrzeni całej kampanii, co okazało się kluczowe szczególnie w przypadkach Haydena i Mira. Rinsowi jednak ciągle czegoś brakowało, i to w każdej klasie wyścigowej.

Tak blisko, tak daleko

Rins na poziom mistrzostw świata wszedł w sezonie 2012. Już w drugim wyścigu zdobył pole position, a dwie rundy później stanął na swoim pierwszym podium. Choć był to jego jedyny finisz w czołowej trójce w tamtym roku, pokazało to, że drzemie w nim duży potencjał.

Sezon 2013 był dla Rinsa pod względem punktowym najlepszy w karierze. Zawodnik z Barcelony wygrał aż sześć wyścigów. Tylko w trzech rundach nie zdołał stanąć na podium, raz zakończył rywalizację na czwartym miejscu i dwukrotnie nie dojechał do mety. Mimo to tytuł powędrował do Mavericka Viñalesa. „Top Gun” skończył poza podium tylko dwa wyścigi i w obu przypadkach finiszował w czołowej piątce. To właśnie okazało się decydującym czynnikiem. Zarówno w GP Hiszpanii, jak i GP Japonii Rins wypadał z trasy, gdy jechał w czołówce. Punkty w przynajmniej jednej z tych rund mogłyby przeważyć szalę na jego korzyść.

Alex Marquez i Alex Rins
Álex Márquez i Álex Rins byli w Moto3 kolegami z zespołu. Źródło: Red Bull Content Pool

Pomimo wicemistrzostwa Rins nie zdecydował się na awans, dając sobie czas na naukę w Moto3 oraz jeszcze jedną szansę na tytuł. Niestety sezon 2014 był w jego wykonaniu słabszy. Katalończyk wygrał zaledwie dwa wyścigi i musiał zadowolić się trzecim miejscem za Áleksem Márquezem i Jackiem Millerem. Moto3 opuszczał jako zawodnik ukształtowany i doświadczony, ale niespełniony. Miał nadzieję, że w Moto2 los wreszcie się do niego uśmiechnie.

Francuski kryptonit

W klasie pośredniej Rins spędził zaledwie dwa sezony. Zawodnicy awansujący z Moto3 zazwyczaj potrzebują chwili na przyzwyczajenie się do nowego motocykla, jednak Hiszpan przełamał ten stereotyp i od początku był w czołówce. Już w drugim wyścigu sezonu 2015 zawodnik ekipy Pons Racing stanął na podium, a kampanię zakończył z dwoma zwycięstwami i ośmioma podiami. 234 punkty w debiucie to znakomity wynik. Niestety w kwestii walki o mistrzostwo trafił na najgorszy możliwy okres – rok całkowitej dominacji Johanna Zarco. Francuz wygrał aż osiem wyścigów i zgromadził 352 punkty, co było wówczas najlepszym wynikiem w historii klasy. Rins stracił do zawodnika z Cannes aż 118 punktów.

Wydawać by się mogło, że wzmocniony doświadczeniem Rins w swojej drugiej kampanii będzie faworytem. Na jego nieszczęście Zarco pozostał w stawce Moto2. Pomimo zdobytego tytułu Francuz nie znalazł miejsca w MotoGP na sezon 2016, więc postanowił bronić trofeum. W przeszłości takie sytuacje zdarzały się dość często – robili tak Jorge Lorenzo, Dani Pedrosa, a Max Biaggi zdobył w ten sposób cztery mistrzostwa z rzędu.

Zarco/Rins Moto2
Rins (z produ) i Zarco za czasów Moto2. Źródło: motogp.com

Sezon 2016 nie był w wykonaniu Zarco aż tak imponujący (wygrał siedem wyścigów), ale 276 punktów wystarczyło mu do przypieczętowania mistrzostwa w przedostatnim wyścigu w Malezji i zasłużonego awansu do MotoGP.

Również dla Rinsa był to słabszy rok. Hiszpan miał kilka wyścigów, w których „znikał”, kończąc je w okolicach piątego miejsca. Zbyt mało, by myśleć o tytule. Co więcej, ostateczny wynik nie przełożył się nawet na wicemistrzostwo, które zdobył Tom Lüthi. Rins po raz kolejny musiał odłożyć marzenia o tytule, ale spełnił inny cel – angaż w MotoGP.

Obiecujący początek

Álex Rins karierę w MotoGP zaczął w zespole Suzuki. Ekipie bez tak dużego zaplecza jak Yamaha czy Honda, ale z sukcesami. Sezon wcześniej Maverick Viñales kilkakrotnie stawał na podium, w tym raz na jego najwyższym stopniu, co zaowocowało jego awansem do fabrycznej Yamahy. Rins trafił idealnie – do zespołu, w którym mógł się rozwijać, walcząc jednocześnie o czołowe lokaty.

Debiutancka kampania była dla Katalończyka długą nauką. Już podczas trzeciej rundy w Austin niefortunnie upadł i uszkodził nadgarstek, co wyeliminowało go na pięć wyścigów. Jednak na koniec kampanii Rins złapał wiatr w żagle, dwukrotnie finiszował w czołowej piątce i zajął 16. miejsce w klasyfikacji generalnej.

Dobra końcówka sezonu 2017 była zwiastunem lepszej postawy rok później. Już w Argentynie Rins po raz pierwszy zameldował się na podium MotoGP. Choć w pierwszej połowie sezonu nie ukończył aż pięciu wyścigów, dołożył jeszcze drugie miejsce w GP Holandii. Zwiastowało to, że kolejne podia są tylko kwestią czasu.

Vinales, Marquez, Rins
Alex Rins (z prawej) na podium GP Holandii. Źródło: facebook.com/MotoGP

Potwierdziło się to w drugiej części sezonu, kiedy Hiszpan ukończył wszystkie wyścigi, stając na podium w trzech z ostatnich czterech rund. Na koniec kampanii plasował się na piątym miejscu w klasyfikacji generalnej.

Pokonać legendę

Jednak po raz kolejny w swojej karierze Rins miał nieszczęście rywalizować w trakcie hegemonii jednego zawodnika. W sezonach 2016–2019 Marc Márquez nie miał sobie równych. Żeby go pokonać, trzeba było nie popełniać żadnego błędu i bezwzględnie wykorzystywać wszelkie potknięcia zawodnika z Cervery, których ma maksymalnie trzy w ciągu sezonu. Rins do kampanii w 2019 roku przystępował jako czarny koń, który po cichu może rzucić swojemu rodakowi rękawicę. Zaczęło się nieźle. Czwarte i piąte miejsce w dwóch pierwszych rundach może nie są wybitnymi wynikami, jednak potwierdzały, że Suzuki ma w swoich szeregach zawodnika z czołówki. Rinsowi wciąż brakowało czegoś, co pozwoliłoby mu wreszcie pokazać pełnię umiejętności i włączyć się do rywalizacji o tytuł.

Suzuki Rins Mir
Álex Rins i zespół Suzuki po pierwszej wygranej Hiszpana w MotoGp. Źródło: motogp.com

Wtedy dostał dar od losu. Podczas GP Ameryk Rins jechał na drugim miejscu, rywalizując o tę pozycję z Valentino Rossim. Márquez był daleko z przodu, wszak był to tor, na którym zawsze wygrywał. Nagle na ósmym okrążeniu, motocykl z numerem 93 upadł na końcu długiej prostej. Próby podniesienia go do niczego nie doprowadziły. Stało się jasne, że Marc Márquez już nie jedzie w wyścigu. To była szansa dla Rinsa, żeby wreszcie rozwinąć skrzydła. Nie było to proste. Valentino Rossi długo czekał na wygraną w MotoGP i wiedział, że coś podobnego może się już nie powtórzyć. Rins jednak pojechał mądrze i po 20 okrążeniach rywalizacji minął linię mety jako pierwszy. To miał być znak, że Álex Rins jest gotowy na walkę z Márquezem, nawet jeśli w tym akurat wyścigu pomogło mu szczęście. Co więcej, podczas kolejnej rundy Hiszpan zajął drugie miejsce i pokonał w bezpośredniej rywalizacji Andreę Dovizioso i Mavericka Viñalesa, których uważano za głównych rywali zawodnika Hondy.

Rins niestety ma pecha do uczestnictwa w historycznych sezonach. Rok 2019 był szczytem hegemonii Marca Márqueza. Poza upadkiem w Austin, Hiszpan ukończył każdy pozostały wyścig sezonu na pierwszym lub drugim miejscu. Trudno mówić o „rzucaniu rękawicy”, kiedy zdobywasz ponad dwa razy mniej punktów od rywala, jak to było w przypadku mającego 205 punktów (przy 420 Márqueza) Rinsa. Zawodnikowi Suzuki udało się mimo to raz pokonać rodaka w bezpośredniej rywalizacji, kiedy w kapitalny sposób wyprzedził go na finiszu GP Wielkiej Brytanii.

Rins/Marquez
Rins (z lewej) o 0,013s wyprzedza M. Márqueza na mecie GP Wielkiej Brytanii. Źródło: x.com/@Rins42

Hiszpan pomimo całkiem równej formy przez cały sezon musiał zadowolić się czwartym miejscem w klasyfikacji generalnej. Był więc to progres o jedną pozycję względem poprzedniej kampanii. Tendencja sugerowała, że na koniec kolejnego sezonu Rins będzie na podium, co Hiszpan pewnie w 2019 roku brałby w ciemno.

Niedosyt

19 lipca 2020 roku, po długiej, spowodowanej pandemią przerwie, zawodnicy MotoGP wrócili do rywalizacji w Jerez. Był to jeden z najważniejszych wyścigów we współczesnej historii klasy królewskiej. Właśnie wtedy, pod koniec zmagań, Marc Márquez doznał wypadku, którego skutki odczuwa do dziś. Choć pierwsze doniesienia były optymistyczne, szybko stało się jasne, że Hiszpan wypadł z rywalizacji na długi okres. To sprawiło, że w jednej chwili walka o tytuł całkowicie się odmieniła. Zawodnicy, którzy przez kilka lat musieli oglądać tył motocykla z numerem 93, nagle dostali szansę zdobycia mistrzostwa świata.

Nawet w tej sytuacji Rins miał pecha. Po wypadku w kwalifikacjach Hiszpan w ogóle nie wystartował w wyścigu w Jerez. Kiedy wrócił, potrzebował chwili na powrót do formy, ale już w GP Czech zajął czwarte miejsce. Atutem dla Rinsa miał być motocykl. Bez Márqueza znacząco spadła forma Hondy. Średnio na początku sezonu wyglądało Ducati. Yamaha wygrała pierwsze dwa wyścigi, jednak jej forma z wyścigu na wyścig spadała. Wydawało się więc, że to świetne warunki, żeby tytuł zdobył zawodnik zespołu Suzuki.

I tak się też stało.

Ale nie był nim Rins.

Do dziś to jedna z największych sensacji w historii MotoGP. Joan Mir przez cały sezon 2020 wygrał zaledwie jeden wyścig, co więcej, była to trzecia od końca runda. Zawodnik z Majorki pokazał klucz do zdobywania tytułów. Regularność w kończeniu wyścigów w czołówce jest niezbędna, szczególnie w stawce tak wyrównanej jak MotoGP bez Marca Márqueza. Na przestrzeni 14 wyścigów zwycięstwo odniosło dziewięciu różnych kierowców. Każdy z nich zwycięstwa przeplatał słabszymi wyścigami, zakończonymi w drugiej dziesiątce lub w ogóle nieukończonymi. Mir te błędy ograniczył do minimum. Przez 12 wyścigów (w 13. przypieczętował tytuł) nie ukończył tylko dwóch rund, a jedną ukończył na 11. miejscu. Poza tym? Wygrana, sześć podiów, czwarte i piąte miejsce. Tylko tyle i aż tyle wystarczyło.

Suzuki 2020
Mistrzowska ekipa Suzuki sezonu 2020. Źródło: globalsuzuki.com

Rins miał prawo czuć niedosyt. To on miał być liderem Suzuki. To on przez dwa sezony z rzędu trzymał japońską markę w czołówce, dwukrotnie stawiając ją na najwyższym stopniu podium. Oczywiście wina w dużej mierze jest po stronie Hiszpana – jedna wygrana i trzy podia to gorszy wynik od Mira. Na pocieszenie dla Rinsa zostało trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej i tytuł mistrza świata zespołów z Suzuki. Nie da się jednak ukryć, że zawodnik z Barcelony liczył na więcej. To była jego najlepsza szansa na zdobycie mistrzostwa świata w klasie królewskiej.

Zjazd z happy endem

O ile sezon 2020 był dla Rinsa niedosytem, tak kolejna kampania była dużym rozczarowaniem. Mir zdołał utrzymać się w czołówce i ostatecznie zakończył sezon na trzecim miejscu. Jego kolega z zespołu był aż dziesięć pozycji niżej, z ledwie jednym podium. Rins przez cały sezon nie był konkurencyjny, kończył większość wyścigów na granicy pierwszej i drugiej dziesiątki. 

Sezon 2022 zaczął się jednak obiecująco. Rins wrócił do czołówki, a po GP Portugalii był nawet liderem klasyfikacji generalnej. Udało się też mu stanąć dwukrotnie na podium, dzięki czemu w krótkim czasie przebił swój wynik sprzed roku.  

Właśnie wtedy, w momencie kiedy nazwisko Hiszpana widniało na czele mistrzostw świata, Suzuki ogłosiło wycofanie się z MotoGP wraz z końcem sezonu. Od tego momentu, dziwnym zbiegiem okoliczności, zarówno Rins, jak i Mir mocno obniżyli loty. W krótkim okresie Suzuki zaliczyło trzy podwójne DNF-y – z zespołu znanego z regularności i niezawodności, stało się ekipą, której kierowcy mają tendencję do częstych upadków, a sam motocykl coraz częściej miał problemy techniczne. Na szczęście w drugiej połowie sezonu udało się ustabilizować formę, a Rins zadbał o godne pożegnanie Suzuki z klasą królewską, wygrywając wyścigi w Australii i Walencji. Na nieszczęście Rinsa, nie okazało się to wystarczające, żeby zostać wytypowanym na nowego partnera Marca Márqueza w fabrycznym zespole Hondy. To przypadło… Joanowi Mirowi, nawet mimo słabszej formy zawodnika z Majorki w sezonie 2022, w którym niedawny mistrz świata nie stanął ani razu na podium. Rinsowi pozostało jedynie miejsce w zespole satelickim LCR.

Rins Valencia
Rins na najwyższym stopniu podium podczas ostatniego wyścigu Suzuki w MotoGP. Źródło: motogp.com

Już było dobrze

Álex Rins zaczynał sezon 2023 z zadaniem udowodnienia Hondzie, że popełniła błąd, stawiając na Joana Mira w fabrycznym zespole. Coraz głośniej mówiło się też o odejściu Marca Márqueza z japońskiej ekipy, co stworzyło dodatkową rywalizację o miejsce.

Zawodnik z Barcelony swoje zadanie wziął mocno do serca i zaliczył świetne otwarcie sezonu – dwa pierwsze wyścigi zakończył w czołowej dziesiątce. To był jednak tylko przedsmak tego, co Rins pokazał w GP Ameryk, najpierw zajmując drugie miejsce w sprincie, a następnie wygrywając w wyścigu. Dla słabnącej Hondy taki wynik był cudem i sygnałem, że Rins może bardzo pomóc im w powrocie na szczyt. Wygrana w Austin jest do dziś ostatnią wygraną japońskiej ekipy na suchym torze.

Niestety, krótko po wielkim sukcesie, w trakcie sprintu na torze Mugello, Rins miał poważny wypadek. W jego wyniku złamał nogę i musiał odbyć długą rehabilitację. Do końca sezonu wystąpił w zaledwie dwóch wyścigach. Absencja sprawiła, że nie tylko wypadł z rywalizacji o miejsce w fabrycznym zespole Hondy, ale też pojawiły się wątpliwości w kwestii jego pozostania w zespole satelickim. Na jego szczęście pomocną dłoń wyciągnęła Yamaha, która zaoferowała kontrakt w fabrycznym zespole na sezon 2024.

Rins kontuzja
Álex Rins w szpitalu po wypadku na Mugello. Źródło: facebook.com/AlexRins

Smutny koniec

Kariera Álexa Rinsa od sezonu 2024 do teraz jest „nudna”. Hiszpan zajmuje miejsca pod koniec pierwszej 15 i przez większość sezonu rywalizuje, żeby rundę zakończyć z jakimikolwiek punktami. Oczywiście Yamaha dysponuje aktualnie najsłabszym motocyklem, ale wydaje się, że Rins mógłby wycisnąć z niego coś więcej. Szczególnie biorąc pod uwagę, że Fabio Quartararo potrafi doprowadzić go do przyzwoitych wyników. W tym samym czasie jego kolega z ekipy walczy, żeby nie być gorszym od zawodników z zespołu satelickiego. W sezonie 2024 Rins zdobył mniej punktów niż wcześniej, mimo że przejechał o dziesięć wyścigów więcej. Rok później było już lepiej, jednak na poziomie MotoGP regularne punktowanie na miejscach 11.–15. może wystarczyć tylko wtedy, gdy jest się debiutantem albo ma się dwuletni kontrakt. Taką właśnie umowę parafował Rins, dzięki czemu również w tym sezonie możemy oglądać w wyścigach Yamahę z numerem 42.

Alex Rins od sezonu 2024 reprezentuje Yamahę. Źródło: x.com/@Rins42

Już w marcu Rins poinformował, że nie przedłuży kontraktu z Yamahą. Raczej trudno sądzić, żeby jakikolwiek inny zespół dał mu szansę w roli etatowego kierowcy. Pozostaje pytanie, czy zadowoli się rolą testera, czy spróbuje sił w innej serii. Nie ulega wątpliwości, że była to kariera przyzwoita, która dała Rinsowi i jego zespołom dużo sukcesów. Zabrakło mistrzostwa. Tylko i aż.

Kalendarz MotoGP na sezon 2026. Źródło: motogp.com

Źródło grafiki poglądowej: x.com/@Rins42

Authors

  • Mikolaj Liszko

    Absolwent Uniwersytetu Haskiego i Instytutu Johana Cruyffa w Barcelonie (oba w zakresie zarządzania sportem). Pracował przy mediach i marketingu trzech turniejów siatkarskich (MŚ kobiet 2022, VNL mężczyzn 2023 i ME kobiet 2023). Fan sportów wszelakich, od motosportu, tenisa i piłki nożnej, po hokeja, darta i skoki narciarskie. Wierny fan F1 od 2007 roku i MotoGP od 2012

  • Nicola Chwist

    Absolwentka sztuki pisania i studentka psychologii. Z zawodu Starsza Korektorka materiałów dydaktycznych na uczelni prywatnej. W wolnym czasie redaguje dla wydawnictw, a jedną z jej specjalizacji stała się Formuła 1. Współpracowała przy książkach, takich jak "Grand Prix" Willa Buxtona, "Mercedes. Za kulisami teamu F1" Matta Whymana, "Formuła 1. Ilustrowana historia królowej motorsportu" Maurice’a Hamiltona czy "Bez ściemy" Günthera Steinera. Wierna fanka F1 od 2007 roku.

PREVIOUS POST
You May Also Like