„Pod koniec maja, kiedy przyjechałem na Mugello, KTM wysłał mi kontrakt. Warunki nie były idealne, ale zależało mi na tym, żeby zachować miejsce w stawce. Naprawdę ufam ich inżynierom. Podpisałem kontrakt i odesłałem go do zespołu. Dwa tygodnie później powiedziano mi, że został on anulowany”.
Taką historię opowiedział na torze Sachsenring Maverick Viñales. Hiszpan odniósł w zeszłym roku poważną kontuzję barku, której skutki odczuwa do dziś. Mimo to były mistrz Moto3 liczył, że doświadczenie i obiecujący początek poprzedniej kampanii wystarczą do zachowania miejsca w stawce. Tym bardziej że jeszcze w styczniu mówiło się, że KTM będzie chciał zachować kogoś z obecnego składu, żeby mieć gotowego zawodnika do testów przyszłorocznej maszyny.
Viñales to tylko jeden z przykładów. KTM już kilkukrotnie kończył umowy ze swoimi kierowcami w słabym stylu. Choć austriacki zespół ma znaczny wkład w rozwój zawodników, szczególnie młodych, taki sposób traktowania niektórych kierowców przypomina metody stosowane przez jego odpowiednik z F1 spod znaku czerwonego byka. Oto historia kierowców, którym KTM pokazał drzwi.

Maverick Viñales
Maverick Viñales przyszedł do KTM jako zawodnik doświadczony i utytułowany, ale wciąż potrafiący liczyć się w walce o zwycięstwa, co pokazał w Aprilii. Choć w sezonie 2025 Pedro Acosta był główną gwiazdą austriackiej ekipy, to na początku sezonu szło mu dość średnio. To właśnie Viñales zdobył pierwsze podium dla KTM w poprzedniej kampanii, kiedy ukończył GP Kataru na drugim miejscu. Niestety kara za nieprawidłowe ciśnienie w oponach sprawiła, że spadł na 14. miejsce, jednak zarówno zawodnik, jak i zespół przyjęli ten rezultat z dużym optymizmem. Potwierdziło się to w wyścigach we Francji i Holandii, w których Viñales dojeżdżał do mety w czołowej piątce.

Niestety w kwalifikacjach przed GP Niemiec Maverick doznał kontuzji barku. Wstępna diagnoza sugerowała jedynie zwichnięcie ramienia, ale dokładniejsze badania wykazały zerwanie mięśnia nadgrzebieniowego. W praktyce oznaczało to, że zawodnik nie mógł swobodnie poruszać ramieniem. Viñales poddał się operacji i otrzymał zalecenie, aby dać organizmowi czas na regenerację. Dla Hiszpana była to pierwsza tak poważna kontuzja w karierze, więc uważano, że w takiej sytuacji najlepsza będzie cierpliwość.
Top Gun nie zamierzał jednak czekać. Po dwóch opuszczonych rundach pojechał na Red Bull Ring sprawdzić, czy jest gotowy. Nie był. Wycofał się z rywalizacji po treningach. Kolejną próbę powrotu podjął w GP Katalonii. Tam udało mu się przetrwać cały weekend, w dodatku ukończył rywalizację na punktowanej pozycji. Viñales pojechał jeszcze w dwóch wyścigach, ale przed GP Indonezji odpuścił, chcąc zachować siły na posezonowe testy.
Rozpoczęcie nowego sezonu przyniosło nowe nadzieje, które jednak szybko zgasły. Już podczas pierwszego wyścigu w Tajlandii Viñales narzekał na ból. Mimo to Hiszpan przejechał pierwsze dwa wyścigi kampanii. W Austin wykryto źródło problemu: wkręcona w trakcie zeszłorocznej operacji śruba się poluzowała. W związku z tym zawodnika Tech3 czekała kolejna przerwa. Na 23 wyścigi od zeszłorocznego GP Niemiec Hiszpan stracił aż 11.
Przejdźmy do kwestii kontraktu. Viñales, podobnie jak większość stawki, rozpoczynał sezon bez ważnej umowy na sezon 2027. Mimo to Hiszpan miał prawo sądzić, że pozostanie zawodnikiem KTM, a nawet może awansować do fabrycznej ekipy. Według doniesień medialnych plan A zespołu z Mattighofen zakładał duet Viñales–Álex Márquez. Przedłużający się uraz zawodnika z Figueres zwiększał obawy szefów zespołu w kwestii tego, czy aby na pewno Hiszpan jest odpowiednim kandydatem.
Dodatkowym problemem miał być też wiek Viñalesa – w styczniu skończył 31 lat. Jest on jednym z najstarszych zawodników w stawce. Co więcej, od kilku miesięcy leczył poważny uraz. To, w połączeniu z pojawieniem się ciekawszej opcji na rynku w osobie Fabio Di Giannantonio, sprawiło, że szanse na awans do głównego zespołu zmalały do zera.

Wciąż jednak w grę wchodziło pozostanie w Tech3. Günther Steiner, który objął stery w zespole rok wcześniej, był zwolennikiem posiadania jednego doświadczonego zawodnika i Viñales wydawał się być idealnym kandydatem. Niestety Hiszpan nie pomagał sobie wypowiedziami w mediach. Zawodnik co rusz krytykował zespół za brak komunikacji i to, że o wszystkim na temat swojej przyszłości dowiaduje się z mediów. W odpowiedzi Steiner sugerował mu skupienie się na powrocie do zdrowia, żeby móc dać jak najwięcej sportowych argumentów za przedłużeniem umowy.
Niestety przytoczona na początku tekstu historia o „dwutygodniowym” kontrakcie przelała czarę goryczy. Viñales otwarcie przyznał, że chce odejść z zespołu, gdyż zaistniała sytuacja kompletnie zniechęciła go do podjęcia jakiejkolwiek walki o kontrakt. Sytuację próbował jeszcze załagodzić szef KTM – Pit Beirer – mówiąc o tym, że żadna decyzja dotycząca składu Tech3 jeszcze nie została podjęta. Sam Viñales jednak pozostaje nieugięty, a w dniu GP Niemiec pojawiły się doniesienia, że na dniach kontrakt z zespołem Tech3 podpisze Luca Marini.
Oczywiście Viñales nie jest w całej sytuacji bez winy. Trudno nie odnieść wrażenia, że Hiszpan niepotrzebnie wcześnie wracał do ścigania w poprzednim sezonie, a i w tym roku mógł zrobić więcej, żeby szybciej zdiagnozować źródło dyskomfortu. Co więcej, Hiszpan ma opinię konfliktowego, a historia jego odejścia z Yamahy – kiedy podczas GP Styrii jego styl jazdy sugerował, że próbował uszkodzić silnik motocykla – pokazuje, że nie jest on najłatwiejszym zawodnikiem do współpracy. Niewykluczone, że opuści on szeregi Tech3 jeszcze przed końcem sezonu.
Remy Gardner i Raúl Fernández
W sezonie 2021 zawodnicy Red Bull KTM Ajo – Remy Gardner i Raúl Fernández – całkowicie zdominowali stawkę Moto2 i wygrali łącznie 13 z 18 wyścigów. Przez cały rok tylko w trzech wyścigach doszło do tego, że żaden z nich nie stanął na podium. Tytuł rozstrzygnął się w ostatniej rundzie, w Walencji, gdzie ostatecznie Gardner okazał się lepszy o cztery punkty. Po takiej kampanii KTM stwierdził, że duet zasługuje na awans do klasy królewskiej, w której obaj stworzą parę w zespole Tech3.

O ile Gardner przyjął tę decyzję z entuzjazmem, tak Fernández był o wiele bardziej sceptyczny. Hiszpan debiutował w Moto2 w sezonie 2021 i pomimo znakomitej kampanii nie czuł się gotowy na awans. KTM obawiał się jednak powtórki z sytuacji z zeszłego roku, kiedy to Jorge Martín, mimo ważnego kontraktu z austriacką ekipą, postanowił zerwać swoją umowę (za opłatą), żeby móc dołączyć do zespołu Pramac w klasie królewskiej.
Fernández nawet nie liczył na podobne rozwiązanie, ale chciał przede wszystkim dać sobie czas na fizyczną adaptację do motocykla Moto2 i w kolejnym roku podjąć decyzję co do swojej przyszłości. KTM jednak nie chciał czekać i przyspieszył awans Hiszpana. Ten dał do zrozumienia, że podjęto tę decyzję wbrew niemu i mówił, że w sezonie 2022 nie będzie się ścigał tam, gdzie chce.
Zespół Tech3 w sezonie 2021 stracił Red Bulla jako sponsora tytularnego, co znacząco ograniczyło możliwości finansowe ekipy. Przełożyło się to również na formę sportową – zespół zajął ostatnie miejsce pod względem punktów. Mimo to liczono, że duet Gardner–Fernández pomoże ekipie wstać z kolan. Niestety sezon 2022 punktowo był jeszcze słabszy niż poprzedni. Dwaj juniorzy kompletnie nie potrafili odnaleźć się w klasie królewskiej, a najlepszym wynikiem było 11. miejsce Gardnera w GP Katalonii. Obaj kierowcy publicznie wypowiadali się negatywnie o motocyklu, co pogarszało ich relacje z zespołem.

Nie dziwi więc, że ich przygoda w Tech3 potrwała zaledwie rok. Już w sierpniu pojawiły się doniesienia, że Fernández doszedł do porozumienia z KTM-em odnośnie do rozwiązania kontraktu wraz z końcem sezonu, co umożliwiło mu przejście do zespołu RNF Racing. Nieco bardziej burzliwe było rozstanie z Gardnerem, który miał usłyszeć od zespołu, że jest nieprofesjonalny. Australijczyk nie wrócił już do klasy królewskiej jako etatowy kierowca. Od sezonu 2023 występuje w barwach Yamahy w WSBK, trzykrotnie wystartował też w MotoGP z dziką kartą. Fernández, pomimo długiej adaptacji, zdołał utrzymać swoje miejsce w stawce do dziś.

Iker Lecuona
Rok przed tym, jak KTM szybko podziękował Gardnerowi i Fernándezowi, bardzo podobny los spotkał Danilo Petrucciego i Ikera Lecuonę. O ile Włoch był już doświadczonym zawodnikiem i pożegnanie go raczej nikogo nie dziwiło, tak rozstanie z Lecuoną – szczególnie biorąc pod uwagę brak chęci Raúla Fernándeza do natychmiastowego awansu – budziło niemałe zaskoczenie. Szczególnie że dwaj Hiszpanie byli rówieśnikami.
Iker Lecuona spędził w Tech3 dwa sezony. Hiszpan nie miał za sobą obfitej w sukcesy kariery w Moto2, jednak zdradzał pewne symptomy dużego potencjału. KTM liczył, że podobnie jak w przypadku Fabio Quartararo jego pełny talent rozbłyśnie dopiero w klasie królewskiej. Pomogła mu również kontraktowa sytuacja w KTM-ie, który w trakcie sezonu 2019 zwolnił Johanna Zarco, co utorowało drogę do fabrycznej ekipy Bradowi Binderowi. To z kolei zwolniło miejsce w zespole Tech3, które przypadło Lecuonie. Zawodnik debiutował w klasie królewskiej w wieku zaledwie 20 lat. Pomimo słabego motocykla Hiszpan zdołał kilkukrotnie ukończyć wyścig w czołowej dziesiątce i zakończył debiutancki sezon na 20. miejscu.

W drugim sezonie Iker czuł się już dużo pewniej, jednak wciąż ograniczały go możliwości maszyny. Mimo obiecujących wyników nie otrzymywał żadnych informacji od zespołu w sprawie kontraktu. Sam przyznawał, że niszczyło go to od środka i odbierało pewność siebie, co przekładało się na słabe wyniki. W końcu dowiedział się, że nie ma dla niego miejsca w Tech3 na sezon 2022. Ale nie otrzymał tej informacji od zespołu, lecz zobaczył ją wyświetloną w trakcie przerwy pomiędzy sesjami. Czuł się publicznie upokorzony. Do dziś przyznaje, że przyjąłby ofertę od każdego zespołu MotoGP prócz KTM-a.
Hiszpan znalazł swoje miejsce w WSBK, gdzie przez cztery lata reprezentował Hondę. Był w tym czasie rezerwowym japońskiego zespołu w MotoGP. Dzięki temu w obliczu kontuzji Marca Márqueza, Joana Mira czy Álexa Rinsa Lecuona zdołał powiększyć swój bilans startów w klasie królewskiej o siedem wyścigów. W tym sezonie Hiszpan reprezentuje zespół Ducati w Superbike, w którym jest wiceliderem klasyfikacji generalnej. Ustępuje tylko zmierzającemu po tytuł Nicolò Buledze. Lecuona otrzymał też kolejną szansę występu w MotoGP podczas Grand Prix Węgier za kontuzjowanego Álexa Márqueza. Poradził sobie znakomicie i zakończył zmagania na siódmym miejscu.
Johann Zarco
Pojawienie się KTM w stawce MotoGP w sezonie 2017 budziło spore zainteresowanie fanów. Marka, mająca dużą renomę w świecie motocykli, wspierana przez koncern Red Bulla, miała być powiewem świeżości i miejscem, gdzie największe talenty będą mogły się rozwijać. Pierwsze dwa sezony były obiecujące. KTM musiał nauczyć się funkcjonowania w padoku, jednak progres był wyraźny. W kończącym sezon 2018 GP Walencji Pol Espargaró zdobył dla austriackiego zespołu pierwsze podium. Wydawało się, że sezon 2019 będzie już dużym skokiem naprzód dla zespołu, szczególnie że miał do niego dołączyć Johann Zarco.
Francuz, który przed przyjściem do klasy królewskiej zdobył dwa tytuły w Moto2, tak jak KTM debiutował w sezonie 2017, reprezentując zespół Tech3, wtedy będący pod skrzydłami Yamahy. Zarco szybko zdobył serca fanów swoją bezpardonową jazdą. Już w swoim debiucie w GP Kataru, po zaledwie kilku okrążeniach Francuz przewodził stawce, jednak upadł kilka kółek później. Sezon zakończył z trzema podiami i dwoma pole position. Rok później powtórzył ten wynik, co przełożyło się na szóste miejsce w klasyfikacji generalnej. W tamtym momencie Zarco był najbardziej rozchwytywanym zawodnikiem na rynku.

Wydawało się, że współpraca Zarco i KTM-a to przepis na sukces. Skończyło się jednak katastrofą. Francuz nie potrafił dogadać się z motocyklem, większość wyścigów kończył w okolicach 15. miejsca. Doszło też do słownych przepychanek z szefem zarządu, Stefanem Peierem, który mocno skrytykował Zarco ze względu na jego agresywne zachowanie względem mechaników podczas GP Hiszpanii. Nie pomagał też fakt, że drugi z kierowców zespołu, Pol Espargaró, prezentował się znacznie lepiej. Francuz narzekał przede wszystkim na słabą skrętność motocykla, a także na beznadziejne – jego zdaniem – oddawanie mocy na prostych.
Taki rozwój sytuacji przełożył się na rozwiązanie dwuletniego kontraktu po zaledwie 13 wyścigach. Szefostwo KTM-a stwierdziło, że stracili jakąkolwiek nadzieję na współpracę z Francuzem, a jego negatywne nastawienie niekorzystnie wpływało na morale wewnątrz zespołu. Cała sytuacja doprowadziła do zatrudnienia Brada Bindera w zespole fabrycznym i Ikera Lecuony w ekipie satelickiej na sezon 2020, co miało swoje osobne reperkusje.
Zarco w całej sprawie wyszedł obronną ręką. Sezon dokończył w barwach zespołu LCR, a w latach 2020–2023 reprezentował z licznymi sukcesami zespoły satelickie Ducati. Od sezonu 2024 ponownie występuje w prywatnym zespole Hondy.
Nowe rozdanie
Brak komunikacji, wsparcia i zrozumienia w połączeniu z nieadekwatną do oczekiwań maszyną to najczęstsze zarzuty kierowców wobec KTM-a. Choć każdy z nich na pewno nie był bez winy w tych konfliktach, historie Zarco i Fernándeza, którzy obronili się na poziomie MotoGP, pokazują, że choć KTM jak mało kto promuje talenty, do tej dwójki nie potrafił dotrzeć. Co więcej, forma sportowa austriackiego zespołu wciąż nie pozwala mu walczyć o najwyższe cele w MotoGP, przez co po tym sezonie opuści go Pedro Acosta. W zespole nie pozostaną także dwaj pozostali kierowcy – Brad Binder i Enea Bastianini. Zobaczymy, czy dzięki nowym regulacjom Álex Márquez, Fabio Di Giannantonio, Luca Marini oraz ktoś z dwójki Senna Agius/Manuel González będą w stanie uczynić KTM wielkim.
O najciekawszych zawodnikach tego sezonu Moto2 przeczytasz tutaj.

Źródło grafiki poglądowej: Red Bull Content Pool

